Harpagan 54

Szemud, 21 października 2017 r.

— Sebastian i Filip Celejewscy —

21 października 2017 r., sobota, 5:10, Gdańsk

Wsiadamy z Filipem do samochodu załadowanego po dach: dwa rowery, plecak na drogę, walizka z rzeczami na ewentualny nocleg, ciuchy na zmianę itd. Rowery wsadziłem do bagażnika, ponieważ nie chciało mi się wyciągać i montować bagażnika rowerowego.

Temperatura: 12ºC. Będzie to najcieplejszy Harpagan odkąd pamiętam.

*

Uzupełnienie po wyjechaniu z hali garażowej: leje jak z cebra. Zatem moje określenie „najcieplejszy Harpagan” może być nie do końca precyzyjne. Mgła, deszcz, nic nie widać. Dobra, jedziemy. Najwyżej wrócimy.

5:53, Szemud

Jest kiepska sytuacja z miejscami postojowymi dla samochodów. Krążymy w pobliżu szkoły po jakichś wąskich uliczkach, wszystko pozastawiane. Rok temu przygotowano duży i wygodny parking na jakimś placu koło szkoły. Tym razem organizacja jest inna i mamy kłopoty.

Filip szuka mapy w komunikacie technicznym. Niestety, wydrukowałem go na drukarce czarno-białej, więc nie sposób określić gdzie są wyznaczone miejsca do parkowania.

*

Krążymy, krążymy, trafiliśmy na jakiś parking. Przed nami zatrzymał się samochód, kierowca rozmawia z kobietą pilnującą wjazdu. Szczerze mówiąc rozmawiają dość długo i mocno się niecierpliwimy, bo zostało nam tylko około pół godziny.

*

— Przepraszam, czy są gdzieś miejsca na parkingu? — wołam po chwili zirytowany przedłużającym się zastojem.

— To jest dla organizatorów — odpowiada kobieta.

— A gdzie jest dla uczestników?

— Tam dalej.

— Dalej mamy jechać?

— Tak, po prawej.

Gość przed nami zaczyna cofać. Cofamy i my.

— Tam dalej gdzieś znajdę parking, tak? — pytam kobietę, kiedy samochód przed nami zjechał na bok. — A gdzie jest biuro?

— Tutaj w tej szkole. Tam są strzałki.

— Dobra.

Po chwili wjeżdżamy na parking dla uczestników. Jest tu miejsce może dla dwudziestu samochodów. Skoro w tym roku jest ponad 1200 uczestników, to na pewno przygotowano więcej miejsca.

— Przynajmniej ambulanse mają — mówi Filip zauważywszy karetkę pogotowia.

— Tutaj jest miejsce, ale zarezerwowane — mówię. — Ale lipa, po prostu szok.

— Może myśleli, że tyle im starczy. Też tak czasem mam, że wiesz, za mało parkingów przygotuję. Oczywiście w zabawach. Gdzieś tam w zabawie resorakami to zawsze można wziąć kredę i domalować. I trzeci ambulans.

— Gdyby ci dwaj porządnie zaparkowali, to bym się jakoś zmieścił, ale tak, to nie bardzo. No, nie ma gdzie stanąć.

Jeździmy, jeździmy.

— O, bank spółdzielniczy — Filip rozgląda się.

Skręcam przed bank. Jest miejsce, zwycięstwo.

— Musimy przemyśleć sprawę — mówię zastanawiając się nad padającym deszczem, koniecznością pójścia do biura rajdu, do biura SportIdent, po koszulki, powrotem po rowery, przebieraniem się itd.

— Ja jestem za pójściem odpoczywać.

W sumie nie wiem czy stanąłem w miejscu dozwolonym, czy nie. Ciemno, pada, nic nie widać. Trudno, biegniemy do biura rajdu.

6:05

Zostało nam dwadzieścia pięć minut do startu, a dopiero idziemy do samochodu po rowery. Deszcz wciąż pada, ale jest ciepło, bardzo ciepło.

6:26

W strugach deszczu stoimy na placu startowym. Dostaliśmy już mapy, a teraz przyczepiamy numery startowe, bo wcześniej nie zdążyliśmy tego zrobić. Pan na scenie cały czas reklamuje różne produkty.

Pierwszy cel tegorocznego Harpagana został zrealizowany. Mianowicie Filipowi bardzo zależało na tym, aby startować wcześnie rano, kiedy jest jeszcze ciemno, kiedy używa się czołówek, kiedy jest ogólnie najfajniejszy klimat.

6:31

Trasa wybrana. Uderzamy najpierw na PK 11, na południe. Spróbuję zrobić Filipowi zdjęcie.

na_starcie

7:01, 5 km

Pierwszy postój. Kierujemy się w stronę Kowalewa, a później skręcimy na południe w stronę Pomieczyna do PK 11. Filip pojechał już przodem, muszę go dogonić.

Jedziemy drogą w całkowitych ciemnościach, w deszczu. Oczywiście mamy porządne oświetlenie wszelkiej maści, ale i tak widoczność jest bardzo kiepska. Na przykład kiedy jadę za Filipem, to światło mojej czołówki odbija się od jego kamizelki odblaskowej i niemal całkowicie mnie oślepia.

Od czasu do czasu wyprzedzają nas inni rowerzyści, trafia się też czasem samochód. Filip chce cały czas mieć mnie przy sobie, więc jeśli nie mogę jechać obok niego, to jadę za nim i wydaję z siebie odgłosy przypominające sonar.

7:34

— 9,5 km — mówię.

— Na sekundę — mówi Filip.

— He, nie na sekundę.

Robimy sobie pierwsze śniadanie. Rano niczego nie jedliśmy, tylko wypiliśmy po kubku kakao. Znaleźliśmy jakiś przystanek, jemy nasze bułki i dopiero wtedy pojedziemy dalej. A do picia oprócz naszej wody mineralnej mamy także napoje izotoniczne, które dostaliśmy w biurze rajdu.

Całą koszulkę mam mokrą, więc przebiorę się w suchą. Ale będzie fajnie.

7:54

Dobra, pierwszy popas zakończony, ciśniemy dalej. Podobno do pierwszego punktu mamy około 5 km.

8:04

Jedziemy sobie, jedziemy, a nagle z jakiegoś gospodarstwa wypadły dwa szczekające psy i zaczęły nas gonić. Więc zacząłem sam na nie szczekać, starając się aby moje warknięcia brzmiały jak przystało na wielkiego drpieżnika. Psy straciły rezon i odpuściły, a mnie rozbolało gardło.

Tymczasem jedziemy dalej. Za 2 km Pomieczyno, a za następne 2 km podobno PK 11.

8:20, PK 11, 14 km

Jedenastka zdobyta. Dostaliśmy też SMSa od Agnieszki, że w Gdańsku jest mgła. Jest mi bardzo gorąco. Zastanawiamy się nad dalszą marszrutą. Proponuję PK 21, natomiast Filip proponuje inną trasę, bardzo przełajową.

— Tutaj bardzo ciężko byłoby nawigować, wiesz — mówię.

Wracamy do pomysłu PK 21.

— Czyli tak. Na Łebno jest prosta droga. I teraz co dalej? Musimy się dostać tu, na tę przecinkę. To będzie ekstrema. Czyli musielibyśmy jechać tak… Czy tu jest w ogóle droga? Czy kolej? Chyba droga. No dobra, to jedziemy do Łebna i potem zaobaczymy, tak? Teraz nie ma się co zastanawiać za bardzo. I w Łebnie uderzymy na PK 21, a stamtąd, patrz, będzie bardzo prosto na PK 5. Bardzo prosto.

— Ja chciałem bardziej na…

— Na co?

— A piątka jest za ile? Jeden punkt.

— No chyba, że… Patrz, bo możemy jeszcze ambitnie na siedemnastkę.

— Nie, tata, mi się nie chce tyle wracać.

— No, ja też myślę, że lepiej gdzieś tu lepiej w okolicy się kręcić, nie?

— No dobra, jedziemy na dwadzieścia jeden.

— Dobra, czyli teraz tak. Wracamy z powrotem…

— …do dwadzieścia jeden i zobaczymy ile mamy siły.

— Dobra, to wracamy do Pomieczyna w takiej sytuacji. Jak dojedziemy do Pomieczyna, to lecimy w lewo na Łebno. OK. Czekaj, ja muszę wszystkie klamoty zebrać, moment.

8:45, 17 km

Przerwa w drodze z Pomieczyna do Kielna. Jemy batony energetyczne rzuciwszy rowery w trawę na poboczu drogi.

— Tata, zniknęła mi prawa rączka od roweru.

9:05, 22 km, Łebno

Zaraz będziemy się zastanawiać jak dojechać do PK 21. W prawo mamy drogę z powrotem do Szemuda, a my jedziemy w lewo. Teraz musiałbym się zorientować jaka jest podziałka mapy, bo będę musiał wiedzieć dokładnie kiedy skręcać w boczne ścieżki.

9:30

Jesteśmy w lesie koło Smarzyna i atakujemy PK 21. Jest ostro, ponieważ jesteśmy w lesie, czyli właściwie mamy tylko blade pojęcie o tym, gdzie jesteśmy. Tegoroczne mapy są strasznie delikatne, papierowe i gdzie dotykam mokrym palcem, tam schodzi farba. PK 21 od ciągłego sprawdzania drogi na mapie staje się coraz mniej widoczny. W dodatku nie jedziemy już asfaltem, tylko drogami gruntowymi, w błocie. Ciężko jechać z górki, a co dopiero pod górę. Co chwilę musimy prowadzić rowery.

9:47

Zagubienia ciąg dalszy. Wpakowaliśmy się w miedzę za jakimś gospodarstwem i ewidentnie nie jest to droga, którą mamy podążać. Filip już ma dość. Ale ten PK jest wysoko punktowany, to dlatego.

Filip jedzie rowerem „na wstecznym” i wydaje z siebie odgłos „piip, piip, piip”.

Zupełnie nie wiem gdzie tu można pojechać. Tu nie ma innej drogi.

Jest tu pełno wyrzuconych na ziemię marchewek. Inni wędrowcy, którzy tu również zabłądzili, rozpoznają to miejsce po leżących na ziemi marchewkach.

— Dokąd państwo chcecie? — z budynku krzyczy do nas jakaś starsza kobieta.

— Szukamy punktu w lesie — odpowiadam. — Tam gdzieś jest jakaś droga? — wskazuję las za jej domem.

— Droga nigdzie nie idzie, tam jest prywatny teren.

— Aha. No to nie wiem.

Tak, według tej pani nie ma żadnej innej drogi i całkowicie się z tym zgadzam.

9:50

Plan B: zaatakujemy PK 21 z innej strony. Musimy przejechać 600 m drogą na północ, a potem jechać drogą, która jest oznaczona na mapie kolorem czerwonym, co daje nadzieję, że będzie to droga lepszej jakości.

9:53

Rozpoczynamy realizację planu B, czyli jedziemy do 26,04 km i tam powinno być odbicie w prawo. Tymczasem pani z gospodarstwa przyszła do nas i mówi, że mamy jej powiedzieć dokąd chcemy jechać, bo ona tu mieszka kilkadziesiąt lat i wszystko wie. Ale wytłumaczyliśmy jej, że szukamy po prostu punktu w lesie.

Ruszamy. Próbuję relacjonować podczas jazdy:

— Ale piach. Nie wiem czy mnie słychać, ale wciąż jadę i nagrywam. Droga wiedzie w przód i w przód, choć zaczęła się tuż za progiem! Naprzód! Jeszcze pół kilometra. Jedziemy po piachu, po błocie, mżawka, zimno i… właśnie się przewróciłem.

sc

9:57, 26 km

Jesteśmy zwycięzcami. Droga czerwona jest drogą asfaltową, luksus. Jedziemy dalej, jeszcze 450 m i będziemy w zasięgu okręgu na mapie. Plan B okazał się planem jak najbardziej właściwym.

10:00

Dobra, w moim przekonaniu wchodzimy na ostatnią prostą na PK 21. Do celu pozostało około 200 m. Filip właśnie się przewrócił.

10:11, PK 21, 26,5 km

Zdobyliśmy PK 21. Filip padł na ziemię i leży, chce wracać do domu. Ja mam ambicję na jeszcze dwa punkty. Ale patrzę na Filipa, a ten zawzięcie kręci głową. Jedzie następny cyklista, musimy się odsunąć od ścieżki.

10:28

Odpoczywamy. Krople deszczu spadają z drzew na liście leżące na ziemi. Co rusz pojawiają się kolejni jeźdźcy i frasują kiepsko działającym czytnikiem do kart SportIdent. Taki jeździec pędzi do punktu kontrolnego, z impetem podjeżdża, hamuje, pochyla się w takiej niewygodnej pozycji, przykłada, przykłada, jeździ kartą po czytniku, szoruje, przykłada, a ten nie chce piknąć. W końcu trzeba zsiąść z roweru i nad tym czytnikiem dłużej postać. Wydaje mi się, że stalowy drut, który zabezpiecza czynnik przed kradzieżą, wprowadza jakieś zakłócenia.

Tymczasem zjadłem swoje dwie ostatnie bułki, Filip też zjadł teraz dwie, ale jeszcze jedna mu została.

— Taka dwusetka to nie są żarty, co? — mówię do Filipa, który wygląda bardzo licho.

— No…

10:41

Wciąż jesteśmy na PK 21, bo musiałem sobie pociaśnić hamulec. Rowerzyści męczą się z tym czytnikiem. Filip odpiknął jednemu gościowi, który potem był bardzo wdzięczny i chciał przybić Filipowi piątkę.

Zwijamy majdan i jedziemy na północ, do miejsca, gdzie podejmiemy decyzję czy jeszcze PK 5, czy już do mety. A na mecie zastanowimy się czy druga pętla, czy nie.

Filip daje siana mojemu rowerowi. Wpycha trawę w otwór w siodełku, aby mi było bardziej miękko.

11:03, 29 km

Robimy sobie przerwę na przystanku. Filip twierdzi, że jest cały mokry, więc się przebierzemy korzystając z zapasu suchych skarpet i innych części garderoby, który mam w swoim plecaku.

— Może chcesz krótkie spodenki, takie jak ja mam, co? — pytam Filipa. — O wiele lżej się jedzie, mówię ci.

11:11

Przebieram Filipowi buty, zupełnie przemoczone. Dostał suche skarpety, a z worka foliowego zrobiłem mu onuce, żeby skarpety z powrotem nie nasiąknęły wodą.

11:20

Filip prezentuje „taniec wesołego rowerzysty”. Czyli przynajmniej częściowo zregenerował siły. Ruszamy do Częstkowa, które powinno być całkiem niedaleko.

razem

11:29, Częstkowo, 30 km

Dojechaliśmy do skrzyżowania, na którym mamy zdecydować gdzie jedziemy. Ja proponuję PK 5, Filip chce już wracać do bazy.

11:47, 33 km

Mamy na liczniku tyle, ile Filip przejachał na ostatnim Harpaganie, czyli właśnie pobił swój rekord życiowy odległości przejechanej na rajdzie. Przyjmuje gratulacje, słychać dookoła fajerwerki, otwierane są szampany, wszyscy grają na XBoxach, przychodzą gratulować koledzy z klasy.

rekord

11:56, PK 5, 33,5 km

Piątka zdobyta. Jesteśmy zwycięzcami. Najśmieszniejsze było to, że stanęliśmy w miejscu, gdzie powinna być piątka i niczego nie zobaczyliśmy. Natomiast z naprzeciwka nadjechała grupa trzech kobiet i wołały coś w stylu, że tu musi być piątka, bo my tu stoimy. Pomyślałem w duchu, że niestety, stoimy tu, ale punktu tu nie ma. A okazało się, że piątka jest schowana za takim wielkim głazem.

W sumie nie wiem czy to jest nasza piątka, czy może punkt z trasy TR50 lub TR100.

— A te kobiety nie mają numerów — zauważył Filip.

— Jedna miała — odpowiadam. — A dwie pozostałe może do towarzystwa.

12:52, 41,5 km, Szemud

Jesteśmy już w Szemudzie. Jest już znak „teren zabudowany”, więc jesteśmy naprawdę blisko, ale jest ostra góra i musieliśmy się zatrzymać, aby zebrać siły.

Filip przyjmuje już pozycję horyzontalną. Jeszcze godzina lub półtorej i odebranoby mi prawa rodzicielskie pod zarzutem dręczenia dziecka.

Mój plan jest następujący. Dojedziemy na półmetek, zakończymy pierwszą pętlę, weźmiemy mapy drugiej pętli i pojedziemy na metę. Przetestujemy w ten sposób system dwóch pętli, dowiemy się czy faktycznie od razu dostaje się drugą mapę itd. Potem weźmiemy talony i pójdziemy na obiad.

Filip mówi, że chciałby się przespać. Tu i teraz.

13:01

Dojeżdżamy do centrum Szemuda, zaraz dojedziemy do szkoły. Już widać metę. A raczej półmetek.

13:04, 42,6 km

Odpikaliśmy się na półmetku. Dostaliśmy mapę drugiej pętli. Jestem zbyt ciekawy, żeby nie spojrzeć.

13:09

Obejrzałem PK na drugiej pętli. Jeden z nich jest całkiem niedaleko, dojazd tam i z powrotem zająłby około godziny, ale chyba idziemy już na metę. I tak sukces jest spektakularny.

13:11, meta, 42,67 km

Dostaliśmy medale, pijemy herbatę, robimy sobie zdjęcia.

meta

13:30

Wpakowaliśmy rowery i wszystkie nasze graty do samochodu, przebrałem się w suche buty i suche skarpety. Idziemy się odmeldować i zobaczyć ile zdobyliśmy punktów. Niestety nie potrafię nigdzie znaleźć kuponów na obiad.

13:47

Oddaliśmy karty SportIdent. Było z tym trochę kłopotu, bo system nie działał poprawnie. Mianowicie był tak skonfigurowany, że akceptował tylko punkty kontrolne o numerze nie większym, niż 20, a w tym roku zasady się zmieniły i punktów kontrolnych jest więcej. W związku z tym przy pierwszym odczycie nie naliczyło nam wszystkich punktów.

Jeden z gości siedzących tam przekonfigurował program, ale i tak chyba coś było nie tak, bo zamiast spodziewanych siedmiu punktów naliczył osiem (zamiast PK 5 wpisany był PK 7). Bonusowy punkt chętnie przyjmiemy za czekanie kwadransa na wydrukowanie dyplomów.

Idziemy teraz na stołówkę. Podobno róg karty startowej to kupon na jedzenie.

13:49

Nie udało nam się zdobyć jedzenia bez talonów. To ja się wracam do samochodu, a Filip zostaje w szkole, sam na sam z dwoma kawałkami sernika, który kupiliśmy u ubranych w stroje ludowe kobiet.

stolowka

14:18

Po obiedzie gofer i sernik. Idziemy do samochodu i wracamy do domu.

map

Powrót