Harpagan 52

Człuchów, 15 października 2016 r.

— Sebastian i Filip Celejewscy —

14 października 2016 r., piątek, 18:16, Gdańsk

Rozpoczynamy relację z wyjazdu na Harpagan. Właśnie wsiedliśmy do samochodu, zapinamy pasy, jedziemy do Człuchowa. Rowery już zamontowane na bagażniku rowerowym.

— Jak tam, panie Hipciek?

— Aaach, wygodnie. Zaraz idę sobie spać.

— Dobra, jedziem.

19:04, Starogard Gdański

Dojechaliśmy do Starogardu Gdańskiego, strasznie nam się chce spać. Jest całkiem ciemno, ruch spory, ale jedzie się w miarę fajnie. Słuchamy radia. Będziemy na miejscu o wiele później, niż planowałem. Będę musiał chyba zadzwonić do właścicieli naszego noclegu, że przyjedziemy około 2100.

19:54, Czersk

Jesteśmy w Czersku, mieście, które pojawiło się w opowiadaniu „Eugieniusz z Czerska” w Szkolnej Gazetce Psychodelicznej, kiedy uczyłem się w technikum. Ruch się mocno uspokoił, jest puściutko. Przed chwilą, kiedy byliśmy jeszcze przed Czerskiem, ruch był bardzo duży, mnóstwo wariatów wyprzedzających w miejscach niedozwolonych i tak dalej.

Do Chojnic zostało nam 29 km. Zatrzymaliśmy się na chwilę, rozłożyłem Filipciowi fotel, żeby mógł zasnąć, ale robi teraz jakieś eksperymenty oczami. Zadzwoniłem też na miejsce, gdzie mamy spać i właściciel powiedział, że nie ma problemu, jeśli przyjedziemy później.

— Masz coś do dodania?

— Spać…

— A może wracamy do domu, co?

— …

— Kusząca propozycja. Wolałbyś teraz być w łóżku i spać, czy wolałbyś na przykład ubierać się i wychodzić na rower na zimno?

20:30, Rychnowy

Rychnowy, ulica Kalinowa. Dojechaliśmy. Idziemy się rozejrzeć o co tutaj chodzi.

20:35

Dostaliśmy klucze do pokoju. Okazuje się, że w tym domu jest mnóstwo ludzi na Harpagan. Jakaś kobieta zaczepiła nas i pytała na jaką trasę idziemy, bo oni idą na Harpusia. A teraz idziemy do samochodu po nasze klamoty i zadzwonimy do Agnieszki, że zajechaliśmy szczęśliwie.

20:56

Przynieśliśmy wszystkie graty, przypięliśmy rowery na podwórku i szykujemy się do snu. Zastanawiam się czy nie zostać jeszcze jedną dodatkową noc, z soboty na niedzielę. Nie musielibyśmy wozić ze sobą wszystkich rzeczy. Agnieszka powiedziała, że jutro przychodzi do nas z wizytą kuzynka jej taty z Australii, to też trochę gratka, więc raczej wrócilibyśmy do Gdańska.

21:17

Jesteśmy po kąpieli. Mieliśmy w łazience prawdziwą powódź, ale jakoś to przeżyjemy. Wszystko mokre, muszę to jakoś rozścielić na podłodze, bo nie ma gdzie indziej i idziemy spać. Psiknąłem sobie do nosa Nasivinem, żeby spokojnie oddychać. Jeszcze podłączymy sobie wszystkie komórki do naładowania.

15 października 2016 r., sobota, 7:04

Powoli się budzimy. Nasz pokój ma tę wadę, że ma łazienkę wspólną z innym pokojem. A w innym pokoju jest trzech facetów i jak zaczęli rano pielgrzymki do łazienki, to nie mogłem się doczekać na swoją kolej.

Filip też już się obudził. Zaraz zjemy i będziemy się gramolić. Mamy bardzo dużo czasu.

7:24

Teraz idę na podwórko zobaczyć jaka jest sytuacja — ciepło czy zimno. Co ciekawe, nie mogę znaleźć żadnych moich ciuchów rowerowych. Ani spodni, ani niczego. Ciekawe, czy nie wziąłem z Gdańska, czy zostawiłem w aucie.

7:27

Znalazłem wszystkie ubrania rowerowe w samochodzie i możemy się powoli zwijać.

7:47

Wyszliśmy na dwór. Nie jest jakoś szczególnie zimno, ale ciepło też nie jest. Zamontowaliśmy rowery z powrotem na bagażniku, wróciliśmy do pokoju. Zastanawiam się czy dorzucić sobie i Filipowi jeszcze jedną bluzę. Filip mówi, że jemu nie, że jest mu ciepło. Spotkaliśmy jeszcze innych jeźdźców harpaganowych, więc cały dom jest pełny harpaganistów. Teraz Filip zje bułkę i możemy jechać.

— Chyba wszyscy tutaj jadą, bo było najbliżej — mówi Filip o naszym noclegu.

8:10

Wsiadamy do samochodu i jedziemy do szkoły. Jest trochę wcześnie, ale nie mieliśmy za bardzo co robić, więc zarejestrujemy się, a potem będziemy czekać na miejscu.

8:18, Człuchów

Przyjechaliśmy do Człuchowa i idziemy się zarejestrować. Jesteśmy na parkingu pełnym rozmaitych harpaganistów. Tutaj jest o wiele zimniej, niż w Rychnowych, wieje bardzo zimny wiatr.

8:26

Czekamy na otworzenie biura. Filip usłyszał, że jedna wolontariuszka powiedziała do drugiej „Moje koleżanki ze Świbia”. Ciekawe, czy chodzi o to Świbie, gdzie mieszkała moja babcia. Notabene niedaleko Człuchowa jest drugi Kiełpinek.

8:36

Odebraliśmy numery startowe, koszulki, karty chip i wszystko, co trzeba. Przyjęliśmy wiele zachwytów nad udziałem Filipa w trasie rowerowej. Teraz idziemy do samochodu przygotować rowery, a potem nie wiem jak spędzimy dwie godziny. Może pojedziemy na wycieczkę rowerową?

Filip się teraz ubiera, zakłada pełen sprzęt, czyli kominiarka, czapka, czołówka. Przede wszystkim czołówka, nowa, kupiona wczoraj, ileś lumenów. Filip pamięta ile lumenów.

8:42

Pieruńsko zimno! Przyszliśmy do samochodu, przygotowuję numery startowe.

— Dlaczego siedzisz w samochodzie? — pyta mnie Filip.

— Bo mi zimno! Zamykaj drzwi, bo mi zimno!

9:11

Sytuacja jest dramatyczna. Przebieramy się w samochodzie, jest ciasno, trudno się przebrać, zimno, klaustrofobicznie. Aleśmy tak się nastękali, tak się nasapali, że aż szyby nam zaparowały.

Jestem teraz ubrany prawie maksymalnie, wszystkie warstwy, jeszcze tylko jedna bluza mi została. Zaczynam czuć, że mam wreszcie szansę przeżyć ten Harpagan, chociaż nie jest to jeszcze stuprocentowo pewne.

Filip ubiera kalesony, bardzo się męczy w tej ciasnocie.

9:26

Ubraliśmy na siebie wszystko, co się tylko dało i robi nam się ciepło. Została nam godzina do startu, więc zrobimy sobie krótką rozgrzewkę.

— Jak tam, panie zawodniku, jak nastrój?

— Moja kominiarka robi się mokra.

9:27

Mam dziwne obserwacje z parkingu. Parking jest wielki, na setki samochodów, miejsca mnóstwo, ale niektórzy i tak parkują na drodze dojazdowej, oczywiście ograniczając innym swobodę przemieszczania się. Zyskują na tym dosłownie kilkanaście metrów drogi od swojego samochodu do biura.

Dobra, jedziemy na obchód okolicy.

parking

9:33

Przyjechaliśmy na boisko, czyli nasze miejsce startu. Zrobiliśmy kilka kółek dookoła, żeby się rozgrzać. Muzyczka gra, Metallica „Muster Of Puppets”. Właśnie wystartowała jakaś ekipa piesza. Wolontariusze skostniali z zimna.

— Zimno? — pytam Filipa.

— Tak!

— Chcesz grubsze rękawice?

— Tak.

— Dobra, zmiana rękawic na grubsze.

— Tata, a każdy Harpagan był w trochę innych barwach.

— Tak. Ale najczęściej jest zielonkawy.

— No.

9:51

Wróciliśmy do samochodu, bo Filip chciał podgrzać sobie dłonie. Rozpakowuję batony, aby wpuścić do naszych organizmów mnóstwo cukru i energii.

Naprawdę zastanawiam się nad tym jak ludzie parkują. Niektórzy to są po prostu ciapy parkingowe. Jest porządek, dwa rzędy samochodów, potem wolne miejsce do manewrów, potem znowu dwa rzędy samochodów i tak dalej, no klasyczna organizacja. Tymczasem co rusz ktoś staje głupio i burzy porządek. Co więcej, jak jeden stanie głupio, to następni stają tak jak on i robi się chaos i marnotrastwo miejsca.

10:09

Przypomniało mi się, że nie wyzerowaliśmy naszych chipów i teraz idę szybko do biura je wyzerować. No, nie aż tak znowu szybko, mamy jeszcze ze dwadzieścia minut.

10:16

Okazało się, że chipy są przygotowane i nie trzeba ich wyzerować. Spotkałem sąsiadkę z Rychnowych z pokoju obok. Powiedziałem jej „cześć i powodzenia”, ale mi nie odpowiedziała, w ogóle mnie nie poznała. Nic w sumie dziwnego, bo miałem kominiarkę, komin, kask i inne rzeczy dobrze mnie kamuflujące. Przed wyjściem z budynku ktoś przeprowadza wywiad i zadaje właśnie jakiemuś rowerzyście pytanie:

— No to powiedzcie może dlaczego lubicie jeździć na rowerze?

Co za pytanie.

10:20

Dobra, opuszczamy samochód i idziemy na miejsce startu.

10:23

Jesteśmy na starcie, muzyczka gra, tym razem nie Metallica, tylko jakiś rap. Jest około setki uczestników. Filip jeździ w kółko, rozgrzewa się. Jest paru młodych chłopców. Idę znaleźć miejsce, gdzie będą rozdawane mapy.

10:25

Pani na scenie już nas wita.

Filip przed startem

10:28

Dobra, mapy wydane. Patrzymy dokąd nas dzisiaj rowery poniosą.

10:32

Dobra, na pierwszy ogień pójdzie punkt nr 7, do którego dojazd wydaje się być najprostszy. Filip już wystartował, nie chciał na mnie czekać. Nie wiem dokąd pojechał.

10:43

Nie jest tak łatwo wydostać się z miasta, trochę błądzimy. Spotykamy wielu innych harpaganowiczów, część jedzie na jedynkę, część na siódemkę. Mam nadzieję, że jedziemy w dobrym kierunku, za chwilę powinniśmy wyjechać z centrum.

10:48

Musiałem zdjąć jedną warstwę ubrań, bo mi było za gorąco. Teraz jest mi o wiele lepiej. Filip wypuścił się do przodu, muszę go dopędzić. Tymczasem nie ma już nikogo oprócz nas na tej trasie.

O, jest jezioro po lewej. Jesteśmy więc na kursie i na ścieżce.

10:56

Dojazd do siódemki miał być bardzo łatwy. Niestety, już się zgubiliśmy, ponieważ droga, którą jechaliśmy, nagle zakończyła się płotem i zamkniętą bramą. Chyba poruszamy się w złym kierunku. Chociaż nie wiadomo, bo część ludzi jednak kieruje się tam gdzie my. Nie, chyba jednak się wracamy. Trudno.

11:00

Wycofujemy się. Przez krzaki, wertepy. Wycofujemy się, by znaleźć inną, lepszą drogę. Ale Filip coś z tyłu zostaje, może zbliża się pierwszy kryzys.

11:05

Dobra, są tory kolejowe. Czyli jedziemy dobrze. Przez tory, potem prosto-prosto-prosto i w prawo.

Filip i ja

11:17

Za 300 m ścieżką prosto wzdłuż strumyka. Teraz zaczęło się nawigowanie linijką i zastanawiam się gdzie mamy się wbić w las. Jest strumyk… Gdzieś tutaj.

11:21

No tak. Jesteśmy na etapie noszenia rowerów. Droga leśna zawalona przewróconymi drzewami, pewnie żeby quadami tędy nie jeździć. Przerzucamy rowery najpierw przez jedno drzewo, potem przez drugie.

11:23

Awaria. Zerwał mi się łańcuch. Rozbijamy biwak techniczny.

11:30

Dobra, łańcuch naprawiony, ale jestem katastroficznie brudny od smaru. Dobra, jedziemy dalej. Siódemka powinna być blisko.

11:34, PK 7 (6,5 km)

Siódemka zdobyta.

— Filip, chcesz coś jeść albo pić, czy jedziemy dalej?

— A co mamy do jedzenia?

— Batony, herbatniki.

— Jestem spragniony.

— Spragniony? To pijemy. Tylko sie odsuniemy, bo zaraz nadjadą następni.

12:01

Dojechaliśmy do głównej drogi i jedziemy teraz kawałek w stronę Człuchowa. Na szczęście obok jest droga dla rowerów. Gdyby jej nie było, to byłaby śmierć w oczach, tak tutaj zasuwają.

Za 500 m ma być stacja benzynowa. Wygląda na to, że kawałek za stacją będzie jakaś droga. Oraz duża szansa, żeby się pogubić.

12:04

Dojechaliśmy do stacji benzynowej i ZOO. A teraz może za stacją będzie droga, jest przynajmniej na mapie.

12:07

Ale przygoda. Szczere pole, wygwizdów, budują drogę, która wygląda jak autostrada. Znikąd do nikąd. Ciekawe. Ale chyba dobrze jedziemy. Znalazłem starą drogę z płyt betonowych, którą udamy się dalej, prosto w stronę zdaje się Sieroczyna.

Filip w tej chwili przebija się przez łąkę, na której są wertepy sięgające do osi kół, więc nie jest łatwo.

— I oczywiście jak zawsze wybierasz najbardziej debilską drogę jaka jest możliwa.

Był to komentarz Filipa do moich zdolności nawigacyjnych. Jedziemy dalej.

12:10

Jesteśmy na środku pola, o którym pisałem przed chwilą. Na kilometr w lewo — nic, na kilometr w prawo — nic, a pośrodku hotel.

12:13

Właśnie stuknęło nam pierwsze 10 km. Jesteśmy ok. 800 m od PK 1. Potem pojedziemy chyba na PK 5. Fajnie byłoby też wstąpić gdzieś na herbatę, bo Filip ma bardzo zmarznięte dłonie i warto byłoby je podgrzać. Ja natomiast jadę bez rękawiczek, bo jest mi ciepło. Może dlatego, że mam na plecach kilkukilogramowy plecak, który mi bardzo ciąży.

Filip z rowerem

12:18, PK 1 (10,7 km)

Jedynka zdobyta. Depczemy po piętach grupie rowerzystów, trzy dziewczyny i jeden chłopak.

— A po co oni nas sprawdzali? — pyta Filip patrząc na wolontariuszy zapisujących nasze numery startowe. — Przecież mamy chipy.

— Na wypadek, gdyby nasze chipy przestały działać po drodze.

12:20

Wyszło na to, że jestem nawigatorem, a Filip kapitanem.

— Kapitanie, gdzie jedziemy?

Kapitan Filip wodzi palcem po mapie.

— Na piątkę? Jedziemy na piątkę, tak? OK, czyli wzdłuż jeziora, a potem do głównej drogi. Napieramy.

12:22

Teraz mamy odcinek specjalny — błoto. Takie są tradycje harpaganowe, że zawsze się wpakujemy w jakieś błoto. Wiatr taki, że łeb chce urwać. Nawet z górki trudno jechać.

12:34, Sieroczyn

Wjeżdżamy do lasu i udajemy się w kierunku PK5, do którego jest dosyć daleko, a droga jest skomplikowana. Może uda się nie zabłądzić. Filip toczy się z tyłu, powoli.

12:38

Oto nadszedł ten moment. Padły wiekopomne słowa: „Dalej już nie jadę”. Filip rzucił rower, położył się na ziemi i oddał egzystencjalnym rozmyślaniom. Odstawiam rowery na pobocze i wyjmuję jedzenie.

12:47

Notatka służbowa. Zapamiętać, że Filip nie lubi ani Marsów, ani Snickersów. Jeśli chcemy coś ekstra słodkiego na Harpagan, muszą to być batony XXL.

13:03

Wypoczęci i najedzeni ruszamy dalej w trasę. Do następnego kryzysu. Zaraz powinniśmy dojechać do skrzyżowania lesie, potem dalej będę odmierzał trasę linijką.

13:20

Błądzimy po lesie w poszukiwaniu piątki. Nic mi się nie zgadza z mapą. Jesteśmy koło takiej polanki, na której jest dom. I od tej polanki do piątki prowadzi prosta ścieżka, ale nie umiemy jej tutaj znaleźć. Krążymy trochę bez sensu.

13:29

Chyba wjechaliśmy na ścieżkę prowadzącą prosto na piątkę. Jestem prawie pewien, że to tutaj, bo spotkaliśmy tę czwórkę rowerzystów, z którymi się ciągle spotykamy. Niestety, teren jest bardzo trudny. Omszała ścieżka leśna cała plus gałęzie, bardzo ciężko się jedzie.

Widzę, że Filip gdzieś utknął i dramatycznie woła „Tata, tata!”. Chyba jednak dał sobie radę sam i jedzie.

Zaraz zdobędziemy trzeci punkt kontrolny.

13:34

Ścieżka prowadząca prosto na piątkę po prostu się urwała, skończyła. Jest rów z wodą i nie wiemy jak dalej jechać. Grzęznąc w błocie przerzuciłem jeden rower przez rów z wodą, ale nie wiadomo czy po drugiej stronie jest cokolwiek przejezdnego. Na mapie ta ścieżka prowadzi prosto, a nie jest przerwana. Muszę się rozejrzeć, może jest tu jakiś objazd czy coś.

13:38

Dobra, zostawiamy rowery i idziemy kawałek na piechotę. Tylko muszę znowu przeskoczyć przez to bagno.

13:39

Przeskoczyłem przez strumyk, wpadłem po kolana w błoto. Dosłownie po kolana, nie przesadzam. Co więcej, potem zacząłem się zapadać, ale prawie od razu wyczułem dno i zdołałem się wygramolić. Teraz jestem po jednej stronie z rowerem Filipa, a Filip jest po drugiej z rowerem moim. Pójdę kawałek za strumyk zobaczyć czy ta ścieżka znowu się tam pojawia czy nie.

13:40

Znalazłem dalszą drogę, jest szeroka jak autostrada. Czyli po prostu na mapie ścieżka jest ciągła, a w terenie to dwa oddzielne odcinki. Teraz muszę Filipa przedostać na drugą stronę. Jak to zrobić?

13:45

Przedarliśmy się przez bagno. Musiałem przytargać trochę gałęzi i ułożyć je na tym błocie, bo inaczej bym się zapadł. Przedzierał się z nami jakich piechur z aparatem fotograficznym. Doszliśmy do drogi, która wcale nie jest jakaś tam super, jest na niej błoto, ale przynajmniej widać, że jest to droga, a nie bezdroże.

13:51, PK 5 (17,1 km)

Piątka zdobyta. Zgodnie z Filipem stwierdzamy, że ten Harpagan jest o wiele cięższy od poprzedniego.

Dokąd dalej? Chyba szósta, ósemka i z powrotem do bazy.

Muszę pamiętać, żeby zaznaczyć w OpenStreetMap, że tu nie ma przejazdu.

13:59

Zostały nam 2,5 godziny. Teraz jedziemy na szóstkę, a potem planujemy pojechać na dziesiątkę. Jest to trochę szaleńczy plan i nie wiadomo czy go zrealizujemy, ale zdecydujemy jak będziemy na szóstce.

14:22

Druga awaria łańcucha. Czegoś takiego jeszcze nie było, żeby mi się dwa razy łańcuch rozpadł. Jakiś pechowy egzemplarz. Naprawiamy.

14:23

Dobra, teraz Filip nagra relację, bo będę zmieniać łańcuch.

— Dobrze, tutaj jest Filipek. I teraz Filipek opowie co robiliśmy wcześniej. Bawiliśmy się w parowozy jadąc taką fajną drogą i ścigaliśmy się. Tatuś to duży parowóz towarowy, ale jeszcze nie wiem jakiego koloru, a ja też jestem dużym parowozem, takim ekspresowym, szybkim. Jeszcze nie wymyśliłem czy jestem ekspresem, czy normalne wagony ciągnę pośpieszne.

14:34

Łańcuch założony. Odkryłem prosty sposób na oczyszczenie rąk ze smaru bez pomocy detergentów. Trzeba wziąć w dłonie grudę ziemi i próbować wetrzeć ziemię w skórę. Smar łączy się z ziemią i elegancko schodzi z dłoni.

Jedziemy dalej. Prawdopodobnie wpakujemy się w drugi rów z wodą, ale ja jestem tylko nawigatorem. Kapitan stwierdził, że właśnie tam pojedziemy, no to jedziemy.

14:39

Jedziemy drogą, którą będziemy nazywać Mrówczą Drogą, ponieważ było na niej mnóstwo mrowisk. Tymczasem drogę można nazwać najwyżej ścieżką, a to i tak przy dużej dawce optymizmu. Właściwie jest to była ścieżka, kompletnie zarośnięta. Ale wciąż jedziemy do przodu.

14:40

Przed chwilą jechaliśmy przez trawę tak wysoką, że sięgała wyżej, niż czubek mojej głowy.

Filip wśród traw

14:41

Dojechaliśmy do rowu z wodą. Jest o wiele zbyt szeroki aby próbować go przeskoczyć. Zbadałem kijem głębokość i przeprawa w bród również nie wchodzi w rachubę. Muszę pomyśleć.

14:56

Wycofaliśmy się do głównej drogi i jedziemy nią aby dotrzeć do PK 6 od drugiej strony. Ubraliśmy się w kamizelki, lampki, wszystko włączyliśmy, mrugamy, metoda „na choinkę”. Mamy jakieś 500 m do zjazdu w las. Nie wiem, czy się zorientujemy gdzie zjechać. Droga nie ma pobocza, ale na szczęście ruch jest mały.

15:06, PK 6 (23,9 km)

Szóstka zdobyta. Teraz musimy się zastanowić gdzie dalej jedziemy.

15:11

Dobra, jedziemy do Kołdowa i tam zdecydujemy czy jeszcze odbijamy na ósemkę, czy już jedziemy na metę do Człuchowa.

15:32

Przerwa na posiłek i odpoczynek. Została nam ostatnia godzina. Nie wiem czy coś wyjdzie z tej ósemki.

— Ja bym nie jechał — mówi Filip.

— No…

Filip zamyślony

W ogóle to wziąłem chyba za dużo jedzenia. Na poprzednich rajdach zawsze kupowałem jedzenie w wiejskich sklepach, a teraz mam jeszcze pełno naszego jedzenia i w ogóle niczego nie kupujemy. Dopiero kończymy pierwszą butelkę wody, a mamy dwie. Z drugiej strony nie widzieliśmy jeszcze ani jednego wiejskiego sklepu, tak jest trasa zaprojektowana.

15:51, Kołdowo

Dotarliśmy do Kołdowa. Przed nami trudna decyzja czy jechać na ósemkę czy na metę. Ale zważywszy, że na ósemkę jest tak samo daleko jak do mety, a z szóstki tutaj jest również tak samo daleko, a jechaliśmy tutaj z szóstki 45 minut, to ciśniemy prosto na metę.

— Ile masz siły od 1 do 10? — pytam Filipa.

— Eeee… 8.

— 8 siły masz jeszcze? 8 na 10? A, to jedziemy na PK8, potem PK10… Zmęczenie masz 8 na 10 czy siły 8 na 10?

— Siły mam 5, a zmęczenie 8.

Widzimy pełno rowerzystów jadących z ósemki, ale trudno, jedziemy prosto na metę.

15:52

Właśnie minęła nas czwórka znanych nam cyklistów.

15:53

Właśnie się ukłułem harpaganową agrafką. Głupie harpaganowe agrafki, które się co chwilę rozpinają.

15:54

Mogę jeszcze powiedzieć, że absolutnym skandalem jest, że jeszcze nikt nie przysłał nam żadnych gratulacji. Chociaż wysyłałem po drodze filmiki, aby każdy w rodzinie wiedział jakie tu dokonują się osiągnięcia. Teraz podłączyłem telefon do powerbanku. Mam dwa, jeden nasz, a drugi od cioci Pauliny. Oczywiście dwa powerbanki to też więcej, niż nam było potrzeba.

16:11, Człuchów

Dojechaliśmy do Człuchowa. Dogoniła nas jakaś pani z dwiema dziewczynkami, co wpłynęło na naszą męską dumę i Filip wypuścił się w pogoń, dogonił je, a ja próbowałem dogonić Filipa. Dopadliśmy ekipę żeńską dopiero na światłach na skrzyżowaniu.

Kiedy zrobiło się zielone światło pojechały dalej, ja chciałem zerknąć na mapę, ale Filip nie chciał czekać, nie chciał zostać z tyłu i popędził za nimi jak szalony, więc ja pędzę za nim. Nie mam pewności, czy jedziemy w dobrym kierunku.

Mamy już 31 km na liczniku, więc tyle ile w zeszłym roku. Myślałem, że w tym roku przejedziemy więcej, ale ten Harpagan jest nieco trudniejszy.

16:18, meta (32 km)

Dotarliśmy na metę dwanaście minut przed końcem czasu. Pytam Filipa o wrażenia, ale nic nie mówi. Dobra, idziemy na jakiegoś kotleta.

16:21

Na mecie dali nam gorącą herbatę. To jest coś, o czym marzyliśmy przez całą drogę.

Filip na mecie

16:31

Oddałem karty, odebrałem dyplomy. Okazało się, że źle policzyli nasz wynik, zaliczyli nam PK8, chociaż z pewnością tam nie byliśmy. Zwróciłem uwagę gościowi w biurze SportIdent, że jest błąd w wynikach, ale stwierdził, że system sie nie myli i na pewno byłem na ósemce.

16:49

Wpakowaliśmy się do samochodu.

— Chyba jedziemy do domu — mówię. — Ty nie masz ochoty na ten obiad…

— Nie, tata — mówi Filip. — Mnie jest obojętnie.

— Wiesz co, ja wykorzystam to, że jest jeszcze jasno. To się lepiej będzie jechać.

— OK.

Planowaliśmy jeszcze wrócić do szkoły i zjeść przysługujący nam gorący posiłek. Ale po pierwsze mamy jeszcze pełno swojego jedzenia, po drugie za dnia jeździ mi się lepiej, a po trzecie mamy w domu prawdziwą australiską ciocię, którą również warto zobaczyć.

Jedziemy więc do Gdańska.

map

Powrót