Harpagan 50

Sierakowice, 17 października 2015 r.

— Sebastian i Filip Celejewscy —


17 października 2015 r., sobota, 6:48, Gdańsk

— A jak jest daleko do Sierakowic? — pyta Filip ubierając się.

— Godzina samochodem — odpowiadam.

— Czemu w Sierakowicach jest start? A ile byśmy tam na rowerze jechali?

— Pewnie cały dzień.

Jest 9°C i nie pada, czyli warunki niezwykle łagodne.

7:37

Rowery zapakowane na samochód. Zaraz bierzemy resztę bagaży i ruszamy do Sierakowic.

8:54, Sierakowice

Jesteśmy na miejscu. Jest zimno i dżdżyście. Mamy jeszcze półtorej godziny do startu. Trudno było znaleźć wolne miejsce do zaparkowania samochodu. Parking z przodu szkoły był kompletnie zapchany, samochody zostawione były również na chodnikach. Dopiero z tyłu szkoły znaleźliśmy miejsce, kierowani przez wolontariuszy.

9:07

Rejestrujemy się w biurze i bierzemy karty SportIdent.

— I co, Sebastian, lubisz agresywne dziewczyny? — pyta dziewczyna z obsługi rajdu wydawszy mi komplet papierów.

Dziwię się trochę, ale okazuje się, że nie jestem tu jedynym Sebastianem.

— No — odpowiada chłopak z obsługi siedzący obok.

— Lubisz, jak cię biją?

9:29

Jemy kanapki z szynką i z serem. Filip ogląda liczne inne samochody z bagażnikami rowerowymi. Lekko mży, ale jest w sumie bardzo ciepło. Wszyscy, którzy widzą Filipa, uśmiechają się i gratulują. Spotkaliśmy Błażeja, który idzie na trasę pieszą 25 km. Mamy jeszcze godzinę do startu, więc spokojnie się szykujemy.

9:43

Szykujemy rowery. Filip robi zdjęcia. Przestało padać.

9:54

OK, już gotowi. Ruszamy na miejsce startu. Filip się trochę niecierpliwi i robi kółka na rowerze dookoła parkingu.

10:02

Jesteśmy na boisku „Orlik”, skąd będziemy startować.

— Wielkie brawa! Pierwszy zawodnik trasy pieszej na 100 km dobiega do mety! — mówi gość ze sceny.

Samochód Radia Gdańsk z anteną satelitarną na dachu przyciąga uwagę Filipa.

— Widziałeś co on robił? — pyta mnie Filip po chwili patrząc na innego rowerzystę. — Jechał na tylnym kole.

Tuż przed startem.

10:26

Wydawanie map za minutę. Filip rozgrzewał się jeżdżąc na rowerze dookoła boiska. Jest ponad setka ludzi.

10:32

Mapy wydane, trasa ustalona, ruszamy.

10:41

Wyjeżdżamy z Sierakowic. Ciągniemy pod jakąś górkę. Wyprzedziło nas już pięćdziesięciu rowerzystów i rowerzystek. Filip ma nowy błotnik, nie wiemy jak się będzie sprawował. Oprócz tego od zębatki odpadł mu jakiś biały element i okropnie hałasuje. Jedziemy ulicą generała Andersa, jesteśmy prawie na szczycie góry. Liczę, że zaraz będzie z górki i osiągniemy porządną prędkość rejsową.

10:53, 3 km

Punkt PK 1 zdobyty. Poszło szybciej, niż myślałem. Zmyliła mnie podziałka mapy. To jest 1:50 000, a na trasie TR200 zawsze było 1:100 000.

11:16

Jedziemy w stronę PK 9. Jedziemy drogą lekko piaszczystą, ale bardzo twardą. Mijamy tylko traktory. Nie pada, jest w sam raz ciepło. Mieliśmy kłopoty z błotnikiem Filipa, który został kupiony wczoraj wieczorem, zamontowany pierwszy raz dzisiaj rano i opadał na tylne koło. Musiałem go dokręcić. Mieliśmy też kłopoty z taką białą plastykową osłonką, którą całkowicie wydłubałem i wyrzuciłem.

Na PK 1 jakiejś pani pękł łańcuch i pan z nią jadący wyrzucił łańcuch do śmieci. Pani się chyba wróciła na start. Bardzo żałuję, że nie zorientowałem się od razu, bo przecież mam wszystkie narzędzia i mógłbym jej ten łańcuch naprawić.

11:20

Właśnie jesteśmy atakowani przez psa koloru beżowego. Zbliżamy się do drogi głównej i jeziora.

11:45

Jedziemy drogą asfaltową i zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby odpocząć. Droga jest całkowicie pusta, idealna, asfaltowa, ale niestety jest non stop pod górkę. Jeszcze pół kilometra i skręcamy w przecinkę, po czym prawdopodobnie natychmiast się zgubimy. Przed chwilą minęliśmy jakiś znak graniczny, czyli jedna z tych linii na mapie to jest granica czegoś, może powiatu lub innego obszaru.

Co ciekawe, na PK 1 spotkaliśmy jeszcze młodszego zawodnika.

Niedługo spodziewam się pierwszego kryzysu. Tymczasem zdjąłem bluzę, bo jest bardzo ciepło.

— Też chyba zdejmę — mówi Filip.

— Nie masz w ogóle bluzy, bo ci nie ubrałem jej.

— Ale mam kurtkę.

— No, kurtka to musi zostać.

— Czemu?

Dobra, odpoczniemy na punkcie 9. Zaraz powinniśmy być na miejscu.

— A czemu ty zdjąłeś kurtkę?

— Zaraz ją ubiorę z powrotem.

11:52

Droga asfaltowa się skończyła i znaleźliśmy przecinkę. Było ją bardzo łatwo znaleźć, bo na skrzyżowaniu stało pełno rowerzystów i wszyscy wołali „Do dziewiątki w lewo! Do dziewiątki w lewo!”. Teraz prowadzimy rowery, bo teren jest ciężki, leśny i pod górkę. Mamy w ten sposób do przejścia około kilometra i potem zrobimy sobie chyba dłuższy odpoczynek i popas.

12:08

Jest ostro. Zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć i coś zjeść, bo prowadzenie rowerów po tych wertepach jest bardzo wyczerpujące. W lesie jest cicho, spokojnie i przyjemnie.

W drodze na PK 9.

12:34, 10 km

PK 9 zdobyty. Nie było łatwo, po drodze pokonaliśmy wiele wzniesień. Jest tu platforma widokowa, na którą oczywiście weszliśmy i się rozglądamy. Zastaliśmy tu wycieczkę z panią przebraną w strój ludowy. Zaraz pomyślimy jak dojechać na piątkę.

12:54

— Tata, popchniesz mnie? — spytał Filip, kiedy podjeżdżaliśmy pod kolejną górkę. — Ja dzisiaj przeżyłem trzy kryzysy!

Po czym uderzył się golenią w pedał, co zapoczątkowało kryzys czwarty.

Na liczniku 12 km, do końca rajdu 3,5 godziny.

Dojazd do PK 9 był bardzo trudny. Nie widzę jednak żadnej dobrej alternatywy. Dobrej, czyli prosto do celu i z dobrą nawierzchnią. Jedziemy więc drogą trochę przypadkową, ale za to porządną. Nie bardzo wiem, gdzie teraz jesteśmy, ale liczę, że jak będziemy się kierować ciągle na południe, to dojedziemy do drogi asfaltowej, która gładko doprowadzi nas do leśniczówki Mirachowo, czyli PK 4.

13:02

Smak batoników Duplo w ustach łagodzi każdy ból.

— Powiedz, Filip, przyjedziesz jeszcze kiedyś na Harpagan?

— Chyba tak.

W drodze na PK 4.

13:48, 17,5 km

PK 4 zdobyty.

— A pani ma takie małe pedały — mówi Filip. — Ciekawe dlaczego.

— Ma specjalne zatrzaski w butach.

— Jakie zatrzaski?

— O, takie jak ja — pokazuję.

— A co one dają?

— Można pedałować naciskając nogą i ciągnąć nogę do góry.

14:04

W punktach kontrolnych jest woda mineralna i plastykowe kubeczki. Ludzie jedzą, piją, rozmawiają i robią sobie zdjęcia.

— Dzióbka nie zrobiłam — mówi jakaś kobieta po tym, jak została sfotografowana.

— Dzióbka? Teraz się rybkę robi.

— Rybkę? Jak wygląda rybka?

— Tak, o.

— Aaa…

14:11

Ruszamy na PK 8, który jest ok. 2 km stąd, więc bardzo blisko.

14:28

Znowu przedzieramy się przez las. Na szczęście nie ma jakichś ostrych górek, tylko gałęzie i korzenie. Z oddali słychać Filipa rozmawiającego z ptakami.

14:32

Błoto, gałęzie, szyszki, korzenie. Po takim oto ciężkim terenie jedziemy do PK 8. Filip utknął w błocie.

14:34, 20 km

PK 8 zdobyty. Droga trudna, ale jedzie się dosyć dobrze. Co dalej? Filip wspomina o powrocie do bazy, ale może jeszcze jeden punkt moglibyśmy zdobyć.

— Co? Wariaci! 100 km w 13 godzin? — gość obsługujący punkt kontrolny rozmawia przez telefon. — Rekord był… mi mówił szef wolontariuszy… 10h 30min. Z buta gościu… Nie, niemożliwe.

15:14

Jedziemy przez las. Opowiadam Filipowi o amerykańskich programach podboju przestrzeni kosmicznej.

— A dlaczego oni nie krzyknęli „Houston, mamy problem”? — pyta Filip, kiedy doszliśmy do katastrofy Columbii.

— Bo nie wiedzieli. Dopiero potem, jak wszystko sprawdzili, to się okazało, że na nagraniu z jednej kamery widać, że ta pianka uderza o skrzydło. I potem wprowadzili zmiany, że zawsze jak prom kosmiczny wleci na orbitę i doleci do stacji kosmicznej, to robi taki manewr, że się cały obraca i oni, tak jak ty patrzysz teraz na moją rękę, tak oni patrzą czy nie ma jakiejś dziury. Jak się obróci i jest cały obejrzany, to dopiero cumuje.

Rozpadał się deszcz. Stwierdziliśmy, że nie jedziemy na PK 6, ponieważ trzebaby zjechać z dość przyzwoitej drogi i znowu tułać się gdzieś się po lasach. Jedziemy więc prosto do mety. Gdybyśmy na mecie mieli strasznie dużo czasu, to niedaleko będzie PK 7. Mamy do końca zabawy 1h 15 min. Nie wiadomo czy nie będzie bardziej padać.

15:27

Wyjechaliśmy z lasu na główną drogę, która poprowadzi nas prosto do Sierakowic. Niestety, ruch samochodowy jest spory, co mi się strasznie nie podoba. Ubraliśmy wszystkie kamizelki, wszystkie światełka mrugają, opaski i inne rzeczy i będziemy jechać. Do mety mamy tylko kilka kilometrów. Na szczęście tą drogą jedzie mnóstwo innych rowerzystów, więc kierowcy wiedzą co się święci. No dobra, na koń!

Styl „choinka”, czyli przeciwdeszczowo i bycie widocznym dla kierowców.

15:58

Sytuacja jest dramatyczna. Filipowi spadł łańcuch z pierwszej zębatki. Ja w takich sytuacjach zazwyczaj wrzucam dwójkę i cisnę z całej siły, a łańcuch wraca na właściwe miejsce. U Filipa tak się jednak nie stało, bo — jak się okazało — ta biała osłonka pełniła rolę zabezpieczenia łańcucha przed spadaniem. Kiedy ją wymontowałem, łańcuch spadł. A jeszcze mówiłem Filipowi „ciśnij z całej siły”, no to cisnął z całej siły i się wszystko zakleszczyło na amen. Więc się zatrzymaliśmy na poboczu drogi, w rowie i musiałem to wszystko wydobywać. Niestety łańcuch był tak poplątany, że musiałem go rozkuć, wydłubać z tych zębatek, a potem skuć na nowo. Wielu rowerzystów widziało nas w rowie na poboczu i pytało czy nam pomóc, ale sami sobie poradziliśmy.

Dobra, pędzimy dalej, bo za pół godziny czas stop.

Łańcuch rozkuty i wydobyty, pozostaje go założyć i skuć ponownie.

16:05, Sierakowice

W deszczu, pod wiatr, pod górę, wśród ruchu samochodów wjechaliśmy do Sierakowic. Na szczęście znaleźliśmy drogę dla pieszych i rowerów, którą teraz bezpiecznie podążamy. Za chwilę będę trochę holować Filipa, ponieważ chłopak tak dawał, że zaraz padnie. Mamy ostatnie 24 minuty, żeby dojechać do mety. Czy dojedziemy?

— Tak! — krzyczy Filip.

16:11

Jesteśmy już pod domem handlowym w centrum Sierakowic. Ale nie jesteśmy jeszcze na mecie, jeszcze w ogóle nie widać szkoły. Filip ostro daje do przodu. Słychać już muzykę, gdzieś tu musi być scena. Jedziemy dalej chodnikiem. Filip coś wykrzykuje, ale nie słyszę słów, gdyż porwał je wiatr.

16:18, 32 km

Jesteśmy na mecie dziesięć minut przed czasem. Dostaliśmy niebieskie opaski. Zrobiliśmy sobie zdjęcie przy ściance do robienia zdjęć. Teraz idziemy do samochodu rozpakować rowery.

16:33

Rowery zapakowane do samochodu. Idziemy coś zjeść i wymeldować się. I umyć się, przede wszystkim, bo po wymianie łańcucha jestem cały brudny. Mijają nas jeszcze rowerzyści, którzy przyjechali po czasie. Znowu się rozpadało.

— Odejmą im trzy punkty — mówi Filip, bo jest trzy minuty po czasie.

Tymczasem na scenie gra jakaś kapela ludowa.

16:53

Jemy obiad na stołówce.

— Już wiem, jaki będzie smak — mówi Filip zaglądając do kubka z sokiem.

— Jaki?

— Taki, którego nigdy nie piłem.

Zdobyliśmy 12 punktów. Dyplomy wydrukowano nam na miejscu, co jest znakomitą sprawą.

Dyplom wydrukowany na miejscu.

17:25

Siedzimy sobie na schodach, Filip je gofry, a ja odbieram SMSy z gratulacjami dla Filipa od mamy, cioci Pauliny i dziadka Andrzeja.

17:41

Obejrzeliśmy już galerię na pięćdziesięciolecie Harpagana, poczytaliśmy różne notatki, obejrzeliśmy stare mapy i tak dalej. Podobno miało być więcej atrakcji, na przykład labirynt, ale jest ulewa i chyba wszystko odwołali. Idziemy więc do samochodu i wracamy do domu.

18:05

Jakiś wypadek jest na drodze. Strażacy zatrzymali ruch. Nie możemy jechać. Widzimy niebieskie światła. Warunki są fatalne, jest mgła.

— Jedzie karetka pogotowia. Ile strażaków — mówi Filip.

— Zderzyły się dwa samochody.

— Tu jest policja, straż pożarna, straż pożarna, straż pożarna, a karetki brak.

— Możesz nagrać teraz swoją relację z Harpagana. Będę ci zadawać pytania. Na przykład: jakie są twoje ulubione drogi?

— Mocne i twarde.

— A który punkt był najtrudniejszy?

— Dziewiąty.

— A dlaczego? Co tam było?

— Górki i piach i tak dalej.

— Czy miałeś jakieś kryzysy?

— Pięć.

— Pięć kryzysów miałeś?

— Tak.

— A czemu miałeś te kryzysy?

— Bo byłem zmęczony, bo się uderzyłem w nogę.

— A co ciekawego spotkaliśmy na trasie?

— Chyba nic.

— A co sądzisz o innych współzawodnikach?

— Dobrze.

— Zwróciłeś na kogoś uwagę?

— Tak.

— Na kogo?

— Na kilku panów i kilka pań.

— A dlaczego?

— A, bo byli… sam nie wiem.

— A co sądzisz o tym, że tyle osób ci gratulowało, że jedziesz?

— Dobrze sądzę, było bardzo fajnie.

— A myślałeś w którymś momencie, że to jest głupi pomysł, żeby przyjechać na Harpagan?

— Nie.

— A chcesz przyjechać w przyszłym roku?

— Tak.

Powrót