Harpagan 48

Lipusz, 18 października 2013 r.

— Sebastian Celejewski —


18 października 2014 r., sobota, 4:04, Gdańsk

Pobudka, śniadanie, pakowanie ostatnich rzeczy do plecaka.

4:38

Całus dzieciom na pożegnanie i wyruszam.

4:44

Rower zapakowany do samochodu, wyruszam do Lipusza. Pada lekki deszczyk, ale jest ciepło, około 8°C i nie ma silnego wiatru.

5:51, Lipusz

Dojechałem do szkoły w Lipuszu. Żałuję, że nie wyjechałem trochę wcześniej, bo mam jeszcze tylko 9 minut na zarejestrowanie się. Idę na poszukiwanie biura. Jest ciepło, chodzę w samym T-shircie.

6:24

Wszystkie formalności dopełnione. Wytargałem rower z samochodu, spakowałem się i czekam na miejscu startu. Pani witająca uczestników przekazuje mikrofon Karolowi Kalsteinowi.

— Słuchajcie, przed nami 200 km. Może przed wami, bo ja to już mam za sobą.

Do przyczepiania numerów startowych mamy agrafki, ale tak kiepskie, że numery startowe co rusz odpadają.

6:27

Trzy minuty do startu. Wydawane są mapy.

6:32

OK, trasa w zarysie opracowana, czas wyruszać. Biją dzwony w kościele.

6:58, PK 15, 5 km

Pierwszy punkt kontrolny zaliczony. Po drodze zorientowałem się, że zapomniałem wziąć z samochodu bidon i narzędzia. Jak złapię gumę, będzie klops.

— Wiedziałem, że czegoś zapomniałem — mówi ktoś obok.

— Czego?

— Kamery nie włączyłem.

7:44, PK 19, 15 km

Luzik, idzie jak z płatka. Mam za sobą pierwszy odcinek typu „noszenie rowerów”, ale bardzo krótki. Poza tym ktoś zgubił mapę, a ktoś inny bluzę. Wstało słońce, ale jeszcze jest chłodno. Pocę się jak mysz, ale spoko.

7:55

No, wyjazd z PK15 był ostry. Nic dziwnego, że w przeciwną stronę jechało się bez wysiłku. Muszę chwilę odsapnąć. Cisza w lesie. Psy szczekają.

8:34, PK 7, 26 km

Hopsa, trzeci punkt kontroly zaliczony. Chłopak z dziewczyną, którzy jako wolontariusze pilnują punktu kontrolnego, proponują mi coś do jedzenia.

9:22, PK 9, 36 km

No, czuję już lekkie zmęczenie. Pogoda jest pochmurna, ale nie pada i nie ma wiatru. Czas coś zjeść.

10:07, 41 km

Pogubiłem się w lesie szukając drogi do miejscowości Jabłuszko. Wieje zimny wiatr. Jesienny las.

10:30, Jabłuszko, 46 km

Jabłuszko odnalezione. PK 5 musi być gdzieś w pobliżu, ale gdzie — to dla mnie na razie niewiadoma. Godzinę jechałem zupełnie sam przez las, a teraz spotkałem sporą grupę pieszych.

10:38

Hmm, znowu zabłądziłem.

10:50, PK 5, 49 km

Ha, zwycięstwo! PK 5 zdobyty. Muszę znowu odsapnąć, bo dawałem pełną parą. Dokąd teraz?

— Ej, to jest rowerowy punkt? — pyta jakiś piechur.

— Co?

— To jest rowerowy punkt? Czy też pieszy?

— Tylko rowerowy.

Kolejny punkt to będzie PK 18, czyli ruszam na Sominy.

— Którędy chłopcy do Dywanu?

— Co?

— Którędy do Dywanu?

— A co to jest?

— Nie można się pytać o drogę.

— Weź przestań.

— Osoby obsługujące punkt są zobowiązane do udzielania informacji błędnych.

11:22, Sominy, 54 km

W lesie kompletnie się pogubiłem — mnóstwo ścieżek, przecinek przecinających się pod najróżniejszymi kątami, bez szans na znalezienie tego na mapie. Wybrałem więc ścieżkę wyglądającą na najszerszą i po prostu nią pojechałem licząc na to, że dokądś mnie zaprowadzi. Okazało się, że dostarłem do Somin vel. Sominów jak po sznurku.

Jadę na PK 18, do którego mam ok. 10 km. Jestem już zmęczony, lekko obolały i nie wszystkie górki potrafię pokonać na pełnym gazie. Więc robię sobie krótki odpoczynek i coś zjem.

12:06, 60 km

Znowu się pogubiłem w lesie — szukam takiego jeziorka, no i gdzieś tutaj musi być. Jechałem za jakąś grupką, ale wpakowali się w krzaki, więc wycofałem się i pojechałem własną drogą.

12:48, Zajączkowo, 69 km

Półmetek. Jestem w drodze z PK 18 na PK 16. Stwierdziłem, że mam już trochę dosyć błądzenia po lesie i przerzucam się na drogi asfaltowe.

Dobra, zimno się robi, trzeba jechać.

13:26, Leśno, 78 km

O ho ho! Robi się ciężko. Kolana mnie bolą i z kondycją cieniutko. Stanąłem pod sklepem chwilę odsapnąć i zjeść.

13:50, PK 16, 81 km

Szesnastka zdobyta.

Z trudem.

Bohatersko.

Muszę się zastanowić do dalej. Zważywszy na kłopoty z kolanami mógłbym już rozpocząć odwrót. Ale kusi mnie jeszcze PK 12. Mam w sumie jeszcze 4.5 godziny, co oznacza ok. 35-40 km zasięgu.

— Gdzie jedziemy? Do góry?

— Co?

— Jedziemy do góry? Walimy dwunastkę?

— Ale jak pojedziemy tu i na osiemnastkę?

— Ale chcemy czy nie chcemy? Tu masz szóstkę i dziesiątkę.

— Ale szóstki nie chcemy!

— Szóstka jest łatwa! Ona jest po drodze na dziesiątkę i masz za free.

— Dwunastka.

— Stary, to jest za daleko. To jest godzina pedałowania.

14:36, 91 km

Szukam PK 12 i nie mogę znaleźć. Znowu gąszcz ścieżek bez większego związku z tym, co jest na mapie. Wyciągam uszy spod czapki i nasłuchuję. Podekscytowane męskie głosy niosą się po lesie na duże odległości. A tu nic, cisza.

14:42

O, zgubiłem mapę. Ale i tak zamierzałem się wrócić, bo chyba źle jadę.

15:04, 93 km

No, PK 12 był nieźle ukryty. Gdyby nie jednoznaczne ślady opon rowerowych, nie wiem czy bym tu trafił.

OK, czas rozpocząć odwrót. Mam 3.5 godziny, przede mną ok. 35 km. Przebrałem się w suche ciuchy i pakuję manatki.

16:21, 113 km, Raduń

Ledwie zipię. A jeszcze taki kawał drogi do mety. Mam jeszcze trzy punkty po drodze, ale nie wiem czy się na nie rzucać, czy raczej powolutku pyr pyr pyr do Lipusza.

16:33

A, jadę na PK 6. Najwyżej umrę.

17:15, 123 km

Jestem zwycięzcą!

Oczywiście zgubiłem się po drodze i zamiast 6 km zrobiłem 10 km. Ale żyję. Co więcej, mam jeszcze spory zapas siły.

Czy to możliwe? Zjadłem wprawdzie już chyba dziesięć batonów, ale po jakim czasie baton zamienia się w energię? Po pół godziny? Nie mam pojęcia. A może już umarłem?

Dobra, zakładam kamizelkę odblaskową, włączam wszystkie mrugające światełka i napieram do Lipusza.

17:44, 130 km, Kalisz

Do mety ok. 10 km i 45 minut. Powinienem dać radę. Przestały boleć mnie kolana, więc mogę napierać ile wlezie. W sumie to dziwne, że mam jeszcze siłę. Wjeżdżam pod górki na luziku. Czyli chyba jednak zmarłem w okolicy PK 6, a moja egzystencja i jazda to tylko złudzenie.

Się ściemnia.

18:05, 136 km

Wjeżdżam zaraz do Lipusza. Ale szaleńcza jazda. A po drodze paru rowerzystów i rowerzystek bez oświetlenia. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Kiedy samochody nas wyprzedzały, to strach było się bać.

Dobra, mam 25 minut, aby uniknąć punktów karnych za przekroczenie limitu czasu.

18:15, Lipusz, 138,8 km

He, jestem hardcorem. Ale zaraz chyba padnę.

To zanim padnę, schowam rower do samochodu.

*

Rower schowany. Poszedłem się odmeldować w biurze, ale nie wziąłem chipa z samochodu i muszę obrócić jeszcze raz. A chodzić nie jest łatwo, nie jest. Jak wrzucę komendę „naprzód”, to się zawieszam i idę aż napotkam przeszkodę.

18:56

Wcinam gulasz z kaszą. Po podliczeniu wyników mam 30 punktów wagowych, czyli połowę maksimum.

19:10

Spakowałem wszystko do samochodu i rozpoczynam odwrót do domu.

Powrót