Harpagan 46

Kwidzyn, 19 października 2013 r.

— Sebastian Celejewski —


18 października 2013 r., piątek, 20:56, Gdańsk

W ciemną, deszczową noc pakuję rower i plecak do samochodu, aby udać się po raz trzeci na Harpagan. Tym razem do Kwidzyna — miasta, o którym nie wiem nic oprócz tego, że jest w nim przynajmniej jedna szkoła podstawowa, a dopełniacz wymawiany jest na dwa sposoby. Liczę na to, że pada tylko w Trójmieście, natomiast na Pojezierzu Iławskim jest sucho, ciepło, nie ma wiatru, a słońce grzeje równo między 6:30 a 18:30.

22:24, Kwidzyn

Nawigacja samochodowa całkiem ogłupiała i prowadzi mnie pomiędzy dwoma rondami tam i z powrotem. Przechodzę na mapę papierową, którą wydrukowałem sobie przed wyjazdem w domu.

22:28

Odnalazłem Szkołę Podstawową nr 6 i parking znakomicie przygotowany na przyjęcie wielu uczestników.

22:37

Otrzymałem numer startowy 1134 i stoję w kolejce po chip Sport Ident. Potem odbiorę koszulkę i idę po graty do samochodu. W szkole mrowią się ludzie i jest bardzo duszno. Mam trochę obaw związanych z noclegiem, ale postanowiłem w tym roku być harpaganowiczem stuprocentowym i spędzić obie noce na karimacie w sali gimnastycznej.

*

— Ci biedacy z pieszej trasy będą mieli... źle — mówi gość stojący przede mną w kolejce. — Najzimniej będzie między czwartą a piątą rano.

*

„Podczas trwania Rajdu Harpagan w nocy będzie pełnia. Wiąże się to z obecnością myśliwych w lesie. Wędrując po zmroku pamiętajcie o latarkach. Będziecie widoczni dla nich i dzięki temu bezpieczni. Wszystkie Koła Łowieckie zostały poinformowane o rajdzie, mają na względzie szczególną ostrożność.” — to z informatora harpaganowego. Biedne zwierzęta. Przykro jest być zastrzelonym w ramach czyjegoś hobby. Już lepsza filatelistyka, czy na przykład jazda na rowerze.

22:59

Odebrałem chipa i koszulkę, dokładnie spenetrowałem szkołę i wróciłem do samochodu po karimatę, śpiwór i plecak.

23:13

Zająłem miejsce w noclegowni, czyli na hali sportowej. Jest dosyć głośno, duszno i jasno. Jest też ciepło, śpiwór w ogóle nie jest potrzebny.

19 października 2013 r., sobota, 0:26

Wciąż hałas i gwar. Ku mojemu zdziwieniu kilka grup uczestników urządziło sobie po prostu imprezę — piją piwo, zachowują się głośno, śmieją i mają w dupie resztę, która usiłuje spać. Tymczasem wciąż pojawiają się nowi harpaganowicze i rozbiwakowują w nielicznych pozostałych jeszcze miejscach na podłodze.

0:40

Jakiś gość zgasił światło, zrobiło się cicho i wreszcie można spać.

4:15

Obudziło mnie przeraźliwe chrapanie kogoś w mojej najbliższej okolicy. Zaliczyłem jakieś trzy godziny snu — nienajgorzej.

5:00

Symfonia budzikowa na kilka telefonów komórkowych — wstają uczestnicy TR200.

5:26

Powoli też wstaję i zbieram graty. Myślałem, że rano nastąpi szturm na toalety, ale na razie nie ma żadnego problemu z kolejkami.

5:45

Zwinąłem obozowisko i zaniosłem do samochodu. Te dziesięć minut na zewnątrz uświadomiło mi, że koniecznie muszę ubrać na siebie absolutnie wszystko, co się tylko da.

Przyszedłem do kuchni i wcinam kanapki obok przybyłej z Poznania rowerzystki rozgrzewajacej się przy herbacie.

Sok grejfrutowy nie jest zbyt dobry na śniadanie. Ponadto widzę, że zrobiłem błąd trzymając jedzenie i picie na drogę w samochodzie. W szkole było gorąco i nie chciałem, żeby się zepsuło, ale w samochodzie wszystko się bardzo schłodziło.

6:18

OK, przebrałem się w samochodzie, naładowałem telefon po korek, przygotowałem rower i mogę jechać na miejsce startu. Błogosławię lampę czołową, którą mam dopiero jeden dzień, a już nie wyobrażam sobie bez niej życia.

A nie, jeszcze numery startowe!

6:22

Numery startowe przymocowane, jadę na start. Myślałem, że będę mieć większy margines czasowy, ale jakoś wszystko robię dokładnie na styk.

6:30

Dotarłem na miejsce startu w chwili, kiedy rozdawane były już mapy. Po drodze wypadł mi kompas, ale ktoś pomógł mi go szybko odnaleźć.

Start

6:38

Przestudiowałem mapę i opracowałem plan zwycięstwa. Najpierw odczekam pół godziny, aby dać szansę tym wszystkim rowerzystom na dotarcie do choć jednego punktu przede mną, żeby nie płakali, jak ich będę wyprzedzać (pod górkę, pod wiatr, jedną ręką drapiąc się po głowie, a drugą grając w szachy). A tak naprawdę mój cel to zdobycie ośmiu punktów kontrolnych, czyli pewnie ok. 120 km, no i oczywiście dotarcie na metę żywy.

Najpierw jadę do trzech PK zlokalizowanych po drugiej stronie Wisły. Nie, żeby to była jakaś wyrafinowana strategia, po prostu ciekawi mnie tamta okolica.

7:10, most na Wiśle, 11 km

Dotarłem do rzeki i stoję na środku mostu. Nic nie widzę, bo mgła ogranicza widoczność do jakichś 20 m. Nie kilometrów, metrów. Oczywiście nieco nieswojo jedzie się w takich warunkach po jezdni wspólnie z samochodami. Moje zdziwienie budzą cykliści nieoświetleni. Siebie przystroiłem jak choinkę, aby dać kierowcom choć cień szansy, że mnie zobaczą.

Most na Wiśle

7:40, Pólko, 17.7 km

PK 9 zdobyty. Zaraz po zjechaniu z mostu mgła zniknęła i nastał piękny, choć mroźny świt. Na klamkach hamulców osiadła wilgoć i zamarzła. Ostatni kilometr przed PK to długi podjazd kamienistą ścieżką przez las, więc wlokłem się poniżej 10 km/h. W przeciwną stronę natomiast pędzili na łeb na szyję ci, którzy PK już zaliczyli. Jeden gość z brodą z dwoma kolegami wyglądał jak Aragorn pędzący na koniu. Zaraz uderzam na PK 17.

Droga na PK 9 Droga na PK 17

8:22

Gdzieś za Widlicami. Trudności nawigacyjne. PK17 jest dobrze ukryty, ścieżki na mapie mają się nijak do rzeczywistości. Kilkunastu rowerzystów jeździ z lewa na prawo, z prawa na lewo, w przód i w tył, ale nikt nie wie dokąd uderzyć. Jakiś gość mówi, żeby nie jechać na punkt widokowy, bo już tam był. Ja mam ochotę pojechać na punkt widokowy, ale z powodu mgły pewnie i tak nic nie będzie widać. Mierzę dystans na mapie, liczę kilometry, patrzę na kompas, ale to wszystko jest dla mnie niczym brzęczenie much, jak zwykł mawiać Egipcjanin Sinuhe.

8:33, 25.1 km

PK 17 zdobyty. Użyłem metody „na konformistę”, czyli pojechałem tam, gdzie wszyscy. Po drodze spotkałem Aragorna wracającego z kolegami, co tylko utwierdziło mnie, że kieruję się w dobrą stronę. Rajdowcy przeklinają budowniczego trasy. Ktoś mówi, że mapa pokazuje stan dróg tuż po 1945 roku. Woda zamarzła mi w bidonie i nie mogę się napić. Ale heca.

8:44

Wracam przez las do Widlic, a potem daleka droga do PK 10. Tymczasem pora na pierwszą przerwę toaletowo-żywieniowo-przebraniową.

*

— Tam ktoś leje, to musi być tam — słyszę zbliżające się głosy. Mowa o mnie.

8:56

Pyszny mrożony banan pojpijany lodowatą wodą. Dobrze, że chociaż ciastka nie były zimne. OK, w drogę!

9:53, Tymawa, 41.2 km

PK 10 zdobyty. Jechałem tu godzinę wiejskimi drogami we mgle, która znowu skądś wylazła. Momentami wychodzi słońce i wtedy jest przepięknie. Po drodze znowu mijali mnie ścignaci, którzy PK 10 osiągnęli wcześniej. Wszyscy się pozdrawiają, wskazują drogę. Aragorn z dwoma towarzyszami również pędził w dół. Dlaczego oni zawsze pędzą w dół, kiedy ja mozolnie wlokę się pod górę?

— Kamila spała przez godzinę i przez tę godzinę siedziałam sama — rozmawia przez telefon jedna ze skostniałych z zimna wolontariuszek. — Ile było u was? 91? U nas 97. I konie nas zaatakowały. To było straszne. Przyszły dwa i prychały.

A przede mną powrót do mostu na Wiśle, co powinno mi zająć około godziny.

Powrót z PK 9

10:02

Agnieszka przysłała SMSa z wiadomością od Filipa: następnym razem pojedzie ze mną i mnie przegoni, bo będzie chciał mieć pierwsze miejsce, chociaż wie, że będzie miał dopiero piąte.

10:28, Opalenie, 48.4 km

No, łatwo poszło. Robię sobie dłuższy postój, a potem skok przez Wisłę. Zaczynam odczuwać pierwsze objawy zmęczenia. Jest wciąż bardzo zimno i wieje przenikliwy wiatr, prosto w twarz. Schowałem się na przystanku autobusowym. Jest tu oczywiście urynał i psia kupa. Nie wiem czy odważę się zjeść jabłko. Chyba by mi zęby odpadły.

11:22, Janowo, 61.3 km

Przeprawa przez Wisłę nieczynna. Po drugiej stronie rzeki widać zamek w Gniewie. Fajnie się jechało, bo z wiatrem, drogą asfaltową. Można jechać wałem przeciwpowodziowym, ale wyobrażam sobie, że po trawie i ziemi byłoby nieco trudniej (choć bliżej). Ciekawe, że spotykam bardzo niewielu harpaganowiczów. Nie wiem czy ja jadę taką nietypową trasą, czy ogólnie jest dużo mniej chętnych na TR200 niż kiedyś. Podczas tego odcinka spotkałem tylko jedną grupę — dwóch chłopaków z przodu i dziewczyna za nimi.

Widok na Gniew z Białej Góry

11:57

Agnieszka przysłała SMSa z wiadomością od Mai: gratuluje z całego serduszka. Filip natomiast radzi mi dojechać do mety szybciej, niż kiedykolwiek jechałem. Radzi mi też, żebym po tym wyścigu był bardziej wytrenowany na następny.

Dom w Rudnikach

12:14, Biała Góra, 74.8 km

PK 18 odnaleziony. Teraz ważna decyzja — czy jechać dalej na północ, czy już powoli wracać w stronę Kwidzyna. Zjechało się więcej rowerzystów. Dziewczyna z grupy jadącej przede mną skarży się komuś, że jej towarzysz twierdzi, że jadą tak, że „wolniej się nie da”. Życzy sobie jechać na PK 1 i od razu na metę, ale jej towarzysz chce jechać na PK 20.

Śluzy w Białej Górze

*

Zaraz, PK 18 jest ostatni na północ. A, to znakomicie! Czyli teraz po prostu PK 14.

12:37, Benowo, 80 km

Odpoczynek na przystanku autobusowym. Jestem już zmęczony, a droga pod wiatr jest bardzo trudna. Nic dziwnego, że tak szybko dotarłem na północny koniec mapy. Gdybym rozpiął kurtkę i złapał w nią wiatr, dojechałbym jeszcze szybciej. Za kilka kilometrów PK 14. Czas coś zjeść.

*

Słyszę ujadanie psów i głośne okrzyki. Po chwilę zaczynam rozumieć słowa:

— Szybciej, szybciej! — woła jakiś rowerzysta, którego gonią dwa rozwścieczone psy. — Co, jeszcze za wolno? Szybciej!

Na wysokości cmentarza, który znajduje się zaraz za przystankiem, na którym odpoczywam, psy zrezygnowały z gonienia rowerzystów i stoją na środku drogi. Jakaś kobieta z dziewczynką szybko ucieka na cmentarz i zatrzaskuje za sobą furtkę. Ciekawe czy psy będą gonić również mnie, kiedy wyjdę spod wiaty.

*

Wreszcie czas ruszać dalej, więc wychodzę spod wiaty i chcę wsiąść na rower. Psy wciąż stoją na środku drogi, zauważają mnie i zaczynają zbliżać się szczerząc kły. Raczej im nie ucieknę, bo szybko się nie rozpędzę. Ludzie na cmentarzu (jest ich więcej, porządkują groby, czy coś) obserwują sytuację. Postanawiam podjąć z przeciwnikiem negocjacje starając się używać języka zrozumiałego dla obu stron. Otwieram ramiona, groźnie (w moim przekonaniu) warczę i ruszam prosto na psy. Cofają się wprawdzie, jednak moje poczynania najwidoczniej jeszcze bardziej je rozwścieczyły. Piana kapie im z pysków, obniżają łby i również warczą. Widzę, że nie poprawiłem swojej sytuacji, a lata edukacji nie wyposażyły mnie w wiedzę niezbędną do szybkiego z niej wyjścia. Postanawiam więc zagrać va banque i z przeraźliwym (znowu: w moim przekonaniu) rykiem ruszam na psy. O dziwo — uciekają. Kiedy cofam się do roweru, aby wsiąść i odjechać, zbliżają się ponownie, więc odwracam się i przeprowadzam drugą konfrontację. Tym razem odbiegają dalej i mogę swobodnie odjechać. Ludzie za płotem cmentarza gapią się na mnie.

— Mam nadzieję, że nie będą mnie jeszcze gonić — mówię do nich.

— Nie, teraz już nie — odpowiada ktoś i nie bardzo rozumiem tę odpowiedź.

Zastanawiam się tylko czy nie pozostawiam psów w nastroju, który skłoni je do akcji odwetowej, kiedy tylko pojawi się następny przedstawiciel gatunku ludzko-rowerowego.

13:02, 82.9 km

Jestem w pobliżu PK 14, ale nigdzie go nie widać. Wg moich obliczeń mapowo-kompasowych powinien być dokładnie tu, gdzie stoję. Jestem tak pewny mojego zdania, że nieomal słyszę gwar w okolicy PK i pikanie chipów. Niestety — nic z tego, jest tylko jakiś ugór. Z daleka wypatrzyli mnie jacyś inni zawodnicy i z radością na twarzy zbliżają się, a radość owa gaśnie kiedy widzą, że stoję tu sam jak kołek. Razem ruszamy ścieżką wzdłuż krawędzi lasu.

13:11, 83.3 km

PK 14 zdobyty. Był faktycznie niedaleko. Teraz zastanawiam się czy jechać na PK 20, czy zrezygnować i kierować się od razu na PK 16.

Obsługa w namiocie nie spisuje docierających do punktu, co rodzi pytania. Po dyskusji z rajdowcami i krótkiej perswazji przeprowadzonej przez jednego z nich dziewczyny wychylają głowy z namiotu i zaczynają zapisywać numery startowe.

Postanawiam odroczyć decyzję co do dalszej drogi aż dojadę do Ryjewa. Pytam rowerzystów, którzy nadjechali po mnie, czy jechali przez Benowo i spotkali psy, ale nikt nie spotkał.

13:48, Ryjewo, 89.7 km

Po dłuższym biciu się z myślami zdecydowałem, że nie jadę na PK 20. Przejechałem dzisiaj więcej, niż kiedykolwiek w tym sezonie, a droga przez PK 20 to jakieś dodatkowe 50 km, co mogłoby się okazać dla mnie zdecydowanie za dużo. Tak więc uderzam na PK 8.

14:09, 93.6 km

PK 8 zdobyty. Trochę się pogubiłem w lesie, ale jakoś dotarłem. Chłopaki z obsługi siedzą przy ognisku. Podgrzewam sobie swoje napoje.

15:00, Trzciana, 103.5 km

Oj, już ledwie ciągnę, a droga do PK 12 wciąż pod górkę. Mój plan to PK 12 i PK 16, a potem ewentualnie PK 1 lub PK 3, jeśli starczy mi czasu i sił. Bolą mnie już nadgarstki i zaczyna mnie drapać przemrożone gardło. Zaczynają mi też drżeć wszystkie mięśnie, co jest jasnym znakiem, że czas rozpocząć odwrót.

15:10

Agnieszka przysłała SMSa, że dzieci przesyłają brawa i pozdrowienia.

15:19, 107.4 km

PK 12 zdobyty. Chwila odpoczynku, bo ostro dawałem. W Trzcianie jakiś tubylec tłumaczył mi drogę do PK 12. Zastanawiam sie nad tym na czym polega tytułowa ekstremalnosć Harpagana. 95% drogi pokonuje się drogami asfaltowymi, punkty kontrolne znaleźć łatwo nawet takiemu nieprawnemu nawigatorowi jak ja, zresztą po drodze wszyscy, którzy już dobyli dany PK, bez żadnej zachęty podają kierunek i dystans. Nie ma żadnych fałszywych punktów kontrolnych, po prostu bułka z masłem. Dla mnie ekstremalność to ogromne dystanse pomiędzy punktami kontrolnymi, niska temperatura i silny wiatr.

*

Samochodem przyjechali jacyś goście. Jeden zrobił mi kilka zdjęć, a potem podszedł do namiotu obsługi i mówi:

— Kontrola.

A potem:

— Jak tam życie w namiocie?

— Niedługo kończymy.

— O której schodzicie?

— Dziewiętnasta trzydzieści.

15:45, 109 km

Druga zmiana odzieży. Wreszcie sucho i ciepło! Muszę teraz znaleźć śmietnik, żeby to wszystko wyrzucić. Robię coraz częstsze i dłuższe postoje. Ale ogólnie to mam jeszcze trochę pary w nogach. Obawiałem się, że będzie gorzej.

16:14, 115.8 km

PK 16 zaliczony. To ile już mam punktów kontrolnych? Dziewięć. I w sumie 31 punktów wagowych. Czyli zrealizowałem swój plan, w dodatku z niewielkim naddatkiem.

16:59, Rakowiec, 124.5 km

Mam jeszcze półtorej godziny zapasu, więc mógłbym pojechać na PK 3, ale poważnie obawiam się o moje gardło, więc wracam już do Kwidzyna. Jadę i jadę 10–15 km/h, czasem szybciej z górki. Nadgarstki mi trochę dokuczają. Dobra, ostatni posiłek i jadę dalej.

17:37, Kwidzyn, 131.9 km

Meta, proszę wycieczki. A na mecie fotoreporterzy. Dwaj. I jakaś sentymentalna muzyka. O, właśnie zmieniona na bardziej energiczną.

Ostatnie kilometry przejechałem bardzo powoli, mijając po drodze wielu harpaganowiczów i harpaganjowiczki piesze oraz będąc mijanym przez kilkoro rowerowych. Trasa TR100 kończy się godzinę przed TR200, więc niektórzy jeszcze mocno napierali.

Teraz idę zanieść rower do samochodu.

18:02

Stoję w kolejce do odczytania danych z chipa. Jest bardzo długa.

18:46

Odmeldowałem się i okazało się, że na ostatnim PK coś źle zrobiłem i nie jest zaliczony. Ale na podstawie danych obsługi informacja została uzupełniona i jest OK.

Wykąpałem się i to był najprzyjemniejszy moment całego rajdu. Potem poszedłem zjeść korzystając z bonu żywieniowego. Kolejka była oczywiście długa, ale spaghetti przepyszne.

Zakończenie rajdu odbędzie się o godzinie 22:00, czyli za trzy godziny. Niespecjalnie chce mi się czekać. Zamierzałem wprawdzie być harpagonowiczem stuprocentowym i uczestniczyć w zakończeniu, a potem przenocować na miejscu, ale jak sobie pomyślę o hałasach, imprezach i niewygodach, to zastanawiam się czy nie pojechać do domu.

19:12

Ok, zdecydowałem. Jadę do Gdańska. Mimo zmęczenia jakoś dojadę, mam przecież kompas.

Powrót