Harpagan 40

Kościerzyna, 16 października 2010 r.

— Sebastian Celejewski —

15 października 2010, piątek, 18:35, Gdańsk

Kończę pakowanie plecaka. O ile niczego nie zapomniałem, udało mi się pomieścić bez problemu. Drukuję „Informator techniczny” Harpagana i mapkę Kościerzyny, opróżniam kartę pamięci w telefonie, aby mieć miejsce na ewentualne notatki dźwiękowe. Za za chwilę idę do piwnicy przygotować rower. Muszę odkręcić błotnik i zmienić łańcuch, co nie powinno zająć dłużej, niż godzinę.

22:00

Jest problem. Nowy łańcuch przeskakuje na dwóch najmniejszych zębatkach, co czyni go zupełnie bezużytecznym. Stary łańcuch z kolei co chwilę mi się rozpina i jest już po prostu zbyt krótki, bo podczas licznych awarii w ciągu ostatnich kilku tygodni usunąłem mu kilkanaście uszkodzonych ogniw. Zrobiłem błąd nie wymieniając wraz z łańcuchem zębatek.

23:24

— Nie wiem co mogłoby mnie zmusić do takiej głupoty, żeby wstawać o wpół do czwartej idąc spać o wpół do dwunastej — mówi Agnieszka.

Po czterech godzinach walki przygotowałem rower do rajdu. Założyłem stary łańcuch uzupełniony kilkoma ogniwami nowego. Nie wiem jak się takie rozwiązanie sprawdzi, prawdopodobnie czekają mnie więc przygody. Trudno. Nie miałem czasu zająć się tym wcześniej.

Dzwoniłem również do Łukasza, jest już w Kościerzynie lub gdzieś niedaleko.

23:58

OK, jestem spakowany. Zaparzyłem sobie melisę, za trzy godziny pobudka.

16 października 2010, sobota, 3:00

?!

3:11

No dobra, jakoś wstałem. Zasnąłem dopiero przed drugą, co daje godzinę snu. Jem śniadanie.

3:40

Rower zapakowany z piwnicy do bagażnika. Odpalam samochód i jadę do Kościerzyny.

3:42

O, szyby zamarznięte. Trzeba skrobać.

3:45

W drogę.

4:40, Kościerzyna

Zaparkowałem na jakimś osiedlu w pobliżu bazy rajdu i zaraz idę na rekonesans. Jechało mi się bardzo przyjemnie — puste drogi i dobra pogoda. Po drodze mijałem miejsca pamiętane z Harpagana 32, np. sklep w Borczu czy skrzyżowanie w Egiertowie.

4:51

Dotarłem do bazy rajdu i odnalazłem swój dyplom ukończenia Harpagana 32. Następnie przyszedłem na korytarz, gdzie organizowany jest sekretariat.

5:04

Mam spory zapas czasu. Sekretariat został uruchomiony, zameldowałem się, dostałem wszystkie gadżety i zaraz idę przygotować rower — zamontować osprzęt, numer startowy itp. Do startu półtorej godziny.

5:10

Wróciłem do samochodu i przebieram się. Jest zimno. Chyba wyciągnę rower i zrobię sobie rozgrzewkę w poszukiwaniu startu/mety. Parking, choć prawie zupełnie nieoświetlony, tętni życiem — pojawia się mnóstwo samochodów wypluwających rowery i rowerzystów.

5:27

Przyjechałem na rynek, nic się nie dzieje, nie widzę niczego związanego z rajdem. Jacyś ludzie tylko stoją przy samochodzie. Zimno w dłonie. Miasto jest opustoszałe.

Ocho, ci ludzie coś wyciągają z samochodu i zaczynają rozkładać.

5:40

Wróciłem do samochodu i włączyłem silnik, żeby się trochę rozgrzać. Nie mam dalszego planu. Na rynek jedzie się pięć minut, do startu pozostało 50 minut. Chyba skoczę jeszcze do wc w bazie rajdu, potem pakuję się ostatecznie i jadę na start.

Rower jak na razie spisuje się doskonale. Jednak nie mam zaufania do tego łańcucha.

5:54

Wróciłem do bazy. Jest tu teraz duży ruch. Wszystko jest sprawnie zorganizowane.

6:00

Gotowy do wyjazdu opuszczam samochód.

6:05

Rynek. Oczywiście przyjechałem za wcześnie i marznę.

6:11

Po zrobieniu na rozgrzewkę kilkunastu okrążeń rynku stanąłem przy swoim stanowisku startowym. Zimno jak cholera. Dziewczyny z obsługi rajdu przygotowują się do rozdania map, jakiś gość rozkłada sprzęt nagłaśniający.

6:20

Zaczyna się robić tłoczno. Spotkałem Łukasza, jedzie w kilkuosobowej grupie.

— …a ja mam przyjemność powitać pana burmistrza Kościerzyny — mówi jakaś kobieta do mikrofonu.

Moje gratulacje dla burmistrza, któremu chciało się zerwać tak wcześnie rano.

6:30

Rozdano mapy — start. Czyli: studiowanie mapy w celu opracowania trasy.

— Na PK 16 nie ma mostka — mówi kobieta do mikrofonu. — Na PK 16 nie ma mostka, ale można przedostać się w bród.

6:32

OK, wybrałem trasę, można ruszać. Generalnie zamierzam się poruszać drogami głównymi, żeby się nie zgubić. Wprawdzie to rajd na orientację, ale nie jestem zbyt dobry w nawigowaniu i nie chcę się błąkać po lasach.

— Już wystartowaliście, jakbyście nie wiedzieli — mówi kobieta, jak gdyby oczekując, że wszyscy wystartują z kopyta.

Tymczasem start wygląda flegmatycznie: studiowanie map, rozmowy, pakowanie się itp.

6:40

Pogubiłem się podczas wyjazdu z Kościerzyny, ale chyba już odnalazłem swoją drogę, tj. ulicę Kartuską.

7:09, Stężyca (11 km)

Zmierzam w kierunku PK 15. Na razie jadę drogą asfaltową, więc dosyć szybko. Problemem jest niesamowity chłód. Tymczasem za chmurami wyszło słońce i jest zupełnie jasno.

Minęło mnie kilkudziesięciu rowerzystów, ale staram się nie ścigać. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zwykłem jeździć niemal wyłącznie z domu do pracy (7 km), więc muszę oszczędzać siły.

7:28, Uniradze (15 km)

Zwycięstwo! PK 15 zaliczony. Teraz zastanawiam się dokąd pojadę dalej i czy warto się już przebierać.

To niesamowite, ale w lesie jest jeszcze zimniej!

*

OK, jadę na PK 19, góra Łysa koło Gostomia czy Gostomii.

8:16, PK19 (29 km)

PK 19 zaliczony. Podjeżdżając tu spotkałem Łukasza, który po awarii mapnika i licznika odłączył się od swojej grupy i jedzie dalej sam.

Notabene po wyjechaniu z lasu zrobiło się jeszcze zimniej.

Przebiorę się tutaj i zjem banana.

*

Znalazłem sobie ustronne miejsce i zdjąłem plecak. Jest cały mokry i paruje. Czyli przepociłem na wylot koszulkę, polar, kurtkę i kamizelkę odblaskową.

8:27

Przebrałem się, ale nie jest mi cieplej, tylko oczywiście zimniej. Dobra, czas obmyślić dalszą drogę. Myślę, że dobrym pomysłem jest PK 5. Prosta droga, dopiero pod koniec las, gdzie mogę się zgubić. Dobra, jadę bo inaczej zamarznę.

8:59

SMS od Agnieszki: „Dawaj, dawaj!”. Daję przez las. Jest bardzo przyjemnie. Za 5 km Korne, a potem PK 5.

9:17, Korne (37 km)

Awaria łańcucha, wypięło się jedno ogniwo i musiałem je wymienić, bo było całe powyginane. Spodziewam się następnych awarii. Teraz kupię sobie coś do jedzenia. Coś z dużą dawką energii.

9:35, PK 5 (39 km)

E, łatwo poszło. Teraz znowu muszę pomyśleć gdzie dalej jechać. PK 16 jest atrakcyjny, bo wysoko punktowany, choć wydaje się trudny. Łańcuch z powodu kilku „obcych” ogniw czasem przeskakuje na najmniejszych zębatkach, ale nie jest to aż takim problemem, ponieważ w terenie nie używam tych przełożeń.

*

Jadę na PK 16 i to przez las. Prawdopodobieństwo zgubienia się jest wysokie, ale co tam. W dodatku kółko na mapie wskazuje na zwężenie jeziora i nie wiadomo o który brzeg chodzi. Jak mówili na starcie, mostka nie ma, a droga lądowa z jednej strony jeziora na drugą jest daleka.

10:45, PK 16 (54 km)

PK 16 zdobyty. Faktycznie nie ma mostka, ale rzeczywiście nie byłoby chyba zbyt trudno przedostać się w bród na drugą stronę. Kilku rowerzystów i jedna rowerzystka zastanawiają się co zrobić.

Był to pierwszy odcinek pokonany w całości drogami leśnymi, więc intensywnie korzystałem z mapnika. Historia tego mapnika jest zresztą dosyć ciekawa: po Harpaganie 32 w roku 2006, podczas którego korzystałem z mapnika pożyczonego od Łukasza, Agnieszka postanowiła kupić mi mapnik na urodziny. 31 grudnia odwiedziła kilka sklepów rowerowych, jednak odpowiedniego mapnika nie dostała. Zapakowała więc 50 zł do koperty, podpisała „Pieniążki na mapnik” i wręczyła jako prezent. Ponieważ rychło urodziły nam się dzieci, przez kilka kolejnych lat nie wybrałem się na dłuższą wycieczkę rowerową, mapnik nie był mi potrzebny, ale kopertę przechowywałem. Wreszcie tydzień temu zamówiłem mapnik na Allegro, a koperta została złożona do lamusa.

*

Jeden chłopak z dziewczyną rozebrali się, przeszli w bród na drugą stronę i zaraz jadą dalej. Idę w ich ślady.

*

Jestem na drugim brzegu, przeprawa była bardzo prosta, choć zajęła kilka minut. Teraz dwie kolejne ekipy szykują się do przeprawy: chłopak z dziewczyną oraz czterech facetów, w tym dwóch mówiących po angielsku.

*

Technika przeprawiania się na drugi brzeg została opanowana: jeden podaje rower do wody, drugi przenosi, trzeci wyciąga rower z wody, taśmowo. Ubieramy się, atmosfera jest bardzo dobra.

Dokąd teraz?

11:19

Jadę na PK 18. Niestety pomyliłem drogę i kilka kilometrów nadrobię. Ale już się nie wracam, bo będę jechać asfaltem, czyli znacznie szybciej i może wyjdzie na to samo.

Wyszło słońce i już nie marznę. Ściągnąłem nawet polar. Jest wspaniale.

10:56, Pomysk Wielki (69 km)

Uff! Ale gnałem. Ten odcinek przebyłem błyskawicznie, było kilka zjazdów, na których mogłem gnać ponad 40 km/h. Oczywiście było też kilka podjazdów, ale wolę to niż przedzieranie się przez piach w lesie.

Teraz szukam drogi do PK 18 pod krzyżem „Jezu ratuj mnie 1946–1986”. Widzę tych samych rowerzystów, co w okolicy PK 16, więc chyba faktycznie dłuższą drogę przybyłem w tym samym czasie.

12:18, PK 18 (74 km)

Zwycięstwo! Wprawdzie znowu się zgubiłem (i to we wsi, nie w lesie), ale dojechałem. Niestety mięśnie mi się już buntują, czuję ból i drżenie. O dziwo kondycyjnie nie mam żadnych problemów.

12:27

Oj, jestem naprawdę bardzo zmęczony. Przydałby się może dłuższy popas. W takim razie nie będę udawać się na PK 10, tylko rozpoczynam już odwrót. Na początek PK 12, potem chyba PK 14. W drogę!

Nie, powoli. Muszę chwilę odpocząć. Obok mnie poznani na poprzednich PK chłopak z dziewczyną rozłożyli się na trawie na słońcu. Depczę również po piętach czwórce polsko-angielskiej. Czyli nakładanie drogi po asfalcie jest niegłupią taktyką.

12:37

No dobra, jadę dalej. I tak nie czuję się szczególnie wypoczęty. Najpierw jadę do Bytowa, a potem do PK 12.

13:12, Mądrzechowo (82 km)

Trochę kiepsko z kondycją. Do Bytowa trasą dawnej linii kolejowej, przepiękną ale zabójczą dla nadgarstków z powodu kamiennej nawierzchni. Teraz przez Ząbinowice i Ugoszcz do PK 12.

13:31, Ząbinowice (85 km)

Odpadam. Przerwa na colę i winogrona na ławce, na słońcu. Mięśnie drżą, kolana bolą.

13:42

Dostałem darmową herbatę. Sprzedawczynie ze sklepu (Ząbinowice 18) przygotowały skrzynkę na butelki w postaci fotela i taboret w postaci stolika i siedzę na środku sklepu popijając herbatę, stanowiąc dziwowisko wśród tubylców robiących zakupy. Super.

Jest mi bardzo ciepło, chociaż znowu jestem kompletnie spocony. Dwie przepocone koszulki wyrzuciłem do śmietnika (taki mój harpaganowy sposób zabierania starych ciuchów i wyrzucania ich po drodze), trzecia już kompletnie nasiąknięta.

14:08, PK 12 (91 km)

Zwycięstwo. Ale trudne. Trasa wspaniała, krajobrazy, te sprawy. Dziewczyny na PK lekko znudzone, ognisko się pali. Dokąd dalej? I którędy?

15:02, okolice Ostawy-Dąbrowy (101 km)

Szukam PK 6. Wiele mnie kosztuje. Błądzę i błądzę po lesie, a teraz zaliczyłem glebę, bo nie zdążyłem wypiąć butów kiedy straciłem równowagę skręcając na piaszczystej drodze. Niepotrzebnie nadrobiłem kawał drogi, bo zamiast prosto do Ostawy-Dąbrowy zajechałem nie wiedzieć czemu do Czarnej Dąbrowy. Tam znowu krążyłem po wsi, bo nie umiałem odnaleźć drogi, którą chciałem pojechać. Następnie trafiłem na ślad po innych rowerzystach, ale prowadził moim zdaniem w zupełnie nieprawidłowym kierunku, więc zdobyłem się na asertywne odbicie w bok i drogą zarośniętą trawą (czyli nie widać na niej tropów) pognałem lekko wystraszony (więc pod wpływem adrenaliny szybko – spory błąd w tym stadium zmęczenia, w jakim jestem) przez las. Ostatecznie trafiłem dokładnie tam, gdzie chciałem, ale trudno mi się ze zmęczenia utrzymać na rowerze.

15:09, PK 6 (102 km)

Dobra, odpoczynek. Ledwie zipię. Myślałem, że całkiem się zgubiłem w tym labiryncie leśnych ścieżek.

15:17

Planowałem pojechać lasem do następnego punktu, ale rowerzysta, który dotarł tu krótko po mnie zasugerował, że zostało już mało czasu do końca wyścigu, a jesteśmy bardzo daleko od Kościerzyny. Rezygnuję więc z dalszego zdobywania punktów i kieruję się w stronę mety.

16:55, Korne (126 km)

Usiadłem na ławce. Ale czy wstanę? Jakaś stacja benzynowa i motel, na zewnątrz fontanna i miejsca do siedzenia.

Ostatnie 15 km to droga nr 20 — prosta jak drut, monotonna że zwariować można. Jechałem 18-30 km/h, czyli nieźle, ale i tak wydawało mi się, że stoję w miejscu. Liczyłem obroty korbą, słupki przy drodze, kilometry, samochody, żeby czymś zająć myśli.

Jeszcze 8 km do Kościerzyny. Po drodze jest jeszcze niskopunktowany PK 7, ale nie wiem czy zdołam do niego dotrzeć.

Kiedy jechałem od Ostawy-Dąbrowy w kierunku trasy nr 12, wpadłem na pomysł skrócenia sobie drogi przez las. Jest taka droga rozpoczynająca się w okolicy leśniczówki, dzięki której nadrobiłbym być może nawet kilka kilometrów. I skręciłem z asfaltu i pędziłem leśną ścieżką, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że na mapie jest o wiele więcej ścieżek rozpoczynających się w podobnym miejscu. Stwierdziłem, że znając moje możliwości nawigacyjne nie mam żadnej pewności, że jadę właściwą — i zawróciłem. Zmarnowałem dwa kilometry, ale okazało się, że faktycznie wpakowałem się w drogę pożarową prowadzącą zupełnie gdzie indziej, a ścieżka, którą chciałem jechać, zaczyna się nieco dalej. Nie wyglądała jednak zachęcająco, więc pognałem dalej asfaltem.

17:02

Dobra, spróbuję pojechać dalej. Jeszcze tylko 8 km, jakoś chyba dociągnę.

17:24, PK 7 (132 km)

PK 7 zdobyty. Teraz prosto na metę.

Na tym etapie znowu spotykam całe chmary rowerzystów (w pobliżu przeciwnego skraju mapy były to raczej pojedyncze sztuki) i większość z nich wygląda niezbyt prężnie, jednak zdarzają się także osobnicy napierający na pedały tak, jak gdyby rajd dopiero się rozpoczął.

17:52, Kościerzyna (137 km)

Dojechałem do mety. Krótki odpoczynek dla nabrania tchu. Teraz do samochodu schować rower i na obiad.

18:05

Przebieram się w samochodzie.

18:15

OK, rower został w bagażniku, a ja idę się wymeldować.

18:50

Zdałem identyfikator, obejrzałem swój wynik (częściowy, większość zawodników jeszcze nie dotarła do bazy), zjadłem dwa talerze grochówki, wybiłem Red Bulla i zbieram się do domu.

Na stołówce zauważył mnie Łukasz (ja już niczego nie byłem w stanie zauważyć) i chwilę pogadałem z nim oraz z jego kolegami-cyklistami. Szczerze mówiąc nie pamiętam o czym.

No cóż, koniec imprezy. Za jakieś półtorej godziny powinienem być w domu.

Powrót