Powrót

Jurek

Jurek miał taką dziwną przypadłość, że każdego weekendu rozpadał się na kawałki. Zaczynało się, kiedy wracał w piątkowy wieczór z pracy do domu. Kolację zjadał jeszcze normalnie, czasem spotykał się z przyjaciółmi lub oglądał film będąc wciąż całością i jednością, ale w nocy zaczynał już mocno czuć luzy i poskrzypywania w różnych częściach ciała. W sobotę rano, coraz bardziej rozklekotany, zjadał śniadanie i robił sobie zapas kanapek, który umieszczał przy łóżku, na wypadek trudności w przemieszczaniu się. Szykując jedzenie nieraz musiał wkładać w stawy palce, które wypadały podczas krojenia chleba czy usuwać włosy, które sfruwały mu z głowy jak nasiona dmuchawca na wietrze. Kiedy wracał do łóżka, często robił to już na jednej nodze, odstawiwszy drugą obok miotły w kuchni za drzwiami, lub z jedną ręką, kiedy druga wymsknęła mu się z barku gdy zbyt energicznie otwierał szafkę na talerze. Kuśtykając zwykle gubił nos, który kiwał mu się na twarzy obluzowany jak na gwoździu, a uszy zsuwały mu się gdzieś pod kołnierz lub spadały z cichym kłapnięciem na podłogę.

Dotarłszy do łóżka był nie tylko fizycznie zdekompletowany, ale i w głowie nie wszystko miał podokręcane. Myśli łamały mu się na pół lub urywały, co było nawet przyjemne, gdyż nawet największa troska rozczłonkowana na sylaby, które zawieruszały się gdzieś po kątach umysłu, nie była szczególnie dotkliwa. Uczucia stawały się bledsze i mniej wyraźne, zmieszane i posklejane — tu wszystkie „…ości”, tam różne „…enia” i „…ęcia”. Aż wreszcie głowa odpadała mu od reszty ciała i albo wtaczała się gdzieś między poduszkę a ścianę, albo spadała z łóżka i turlała się po podłodze gubiąc oczy, zęby i inne drobiazgi. Jurek, rozdrobniony i porozrzucany, odpływał ze świata przyczyn i skutków, dążeń i oczekiwań, gdzieś w sfery nieusystematyzowane i abstrakcyjne.

Świadomość zaczynała mu wracać gdzieś w niedzielę po południu. Najpierw przypominała obraz na telewizorze, który nie ma sygnału, potem pojawiały się jakby strzępki transmisji odległych radiostacji. Myśli zaczynały krążyć po głowie, najpierw powoli jak gęsty miód spływający z łyżeczki, potem żwawiej i żwawiej, jakby ktoś rozcierał grudy. Wreszcie Jurek zaczynał składać się na nowo — wtykając członki w stawy, prostując i wygładzając, dociskając i rozmasowując. Nieraz miał pokusę, aby wypróbować jakąś inną konfigurację części ciała, może lepszą, może bardziej stabilną, ale zawsze pozostawał przy odbudowaniu siebie takim, jakim zawsze był. Odnalazłszy wszystkie kostki i ścięgna wyciągał się w fotelu i żuł piątkowe kanapki przygotowując się psychicznie do stawienia czoła kolejnemu tygodniowi.

21 stycznia 2019 r.

Powrót