Powrót

Czapka

Czapka dwa lub nawet trzy dni leżała na ławce przed blokiem. Wyglądało jakby jakieś dziecko zgubiło ją pędząc na autobus, a potem ktoś znalazł ją i położył w widocznym miejscu. Jednak po pewnym czasie było oczywiste, że nikt jej nie szuka. Potem dzieci bawiące się na podwórku uznały ją za znakomite coś do rzucania w siebie, więc wielokrotnie zmieniała lokalizację i trudno byłoby powiedzieć jak to się stało, że trafiła do domu chłopców. Ba, trafiła nawet do pralki, a potem na wieszak z galanterią zimową, gdzie ukryta pod innymi czapkami, szalikami, rękawicami, chustami wisiała dobrych kilka tygodni.

— Mamaaaaa! Gdzie moja czapka! — wrzasnął Jaś.

— Na pewno wisi na wieszaku, no weź się rozejrzyj.

— Nie wrzeszcz mi do ucha! — to brat Jasia, Jarek.

— Zamknij się!

— Sam się zamknij!

— Mamaaaaaa!

— No weź się ogarnij!

Wybierają się do szkoły, a powyższy dialog powtarza się każdego ranka. Zazwyczaj czapka (pojemnik na śniadanie, worek na kapcie itd. — niepotrzebne skreślić) jakoś się znajduje, ale tym razem nie została odnaleziona.

— Ty weź se tę czapkę ubierz, ha ha! — Jarek zanurkował głębiej niż zwykle i natknął się na czapkę z podwórka.

— Ty chyba chory jesteś, sam se ubierz!

— O, czapka Zbyszka? — zdziwiła się mama.

— Mama! To nie jest czapka Zbyszka! To jest czapka z podwórka!

— Ze śmietnika!

— Z wysypiska śmieci, ha ha!

— Sam jesteś z wysypiska śmieci, matole!

— Sam jesteś matołem!

— Zamknij się.

(Itd., itp.)

Ubranie obcej czapki było jednak jedynym rozwiązaniem. Jaś założył ją z zamiarem, że zdejmie ją kiedy tylko zniknie mamie z oczu i popędził za bratem na przystanek autobusowy.

— Jaka fajna czapka! — zawołał Piotrek napotkany przez chłopców na przystanku, a stosunek Jasia do nakrycia głowy naturalnie uległ radykalnej odmianie.

— Bardzo mu jej zazdroszczę i też chciałbym taką mieć — Jaś usłyszał słowa swojego brata, co wprawiło go w lekkie osłupienie.

Podjechał autobus. w środku reszta ekipy, owijanie się wokół poręczy, walenie po głowach i przechwalanie telefonami. Ale dziwnie jakoś, nietypowo. Na przykład co miało oznaczać takie wyznanie Piotrka:

— Bardzo cię lubię i naprawdę cieszę się, że znowu spotykamy się w drodze do szkoły!

Prawdopodobnie ciężka choroba. I bardzo zaraźliwa, bo choć trzaskanina była taka, jak zwykle (groźby wyrzucenia z autobusu ze strony starszej sąsiadki, przewracanie oczami koleżanek), to gadanina jak z jakiejś lektury.

W szkole — jeszcze dziwniej. Wprawdzie chłopaki trzy razy zrzucili Jasiowi plecak z ławki, schowali piórnik, a worek wrzucili na wysoko na szafkę, ale wytworna gadka sprawiała, że w ogóle nie traktował tego wszystkiego jako złośliwości. Ba, był przekonany, że tak wyrażają do niego sympatię.

Ale nie, chyba wszystko z nimi w porządku, bo gdy tylko Jaś ściągnął czapkę i kurtkę, usłyszał od brata:

— No weź się posuń, kretynie!

— Sam się posuń! — i już jedziemy znanymi koleinami.

— To jest słabe, wiesz? To jest po prostu słabe!

Pani Kasia zajrzała do szatni w poszukiwaniu niedobitków swojej klasy. Na środku ujrzała znaną nam już czapkę i podniosła ją aby położyć na ławce. Czapka spodobała jej się, była nieco nietypowa, kolorowa, w sumie nie wyglądała na dziecięcą. Nie zastanawiając się długo założyła ją na głowie i podeszła do drzwi, aby przejrzeć się w szybie.

— Lubię moją panią, ale zadania, które nam daje, są zazwyczaj za proste, a przez to bardzo nudne i trudno jest mi się zaangażować w ich rozwiązywanie — usłyszała dziewczęcy głos na korytarzu.

— „Co one czytają?” — pomyślała. — „Jakąś ulotkę?”.

— To fakt — mówił drugi dziewczęcy głos. — Podobnie z zadaniami z polskiego. One wydają mi się tak niedostosowane do naszego poziomu. Jestem przekonana, że mogłybyśmy rozwiązywać znacznie trudniejsze, co byłoby zdecydowanie ciekawsze.

Pani Kasia zdjęła czapkę, odłożyła na ławkę i wystawiła głowę na korytarz.

— To jest taaaaaka nuuuuuda! — jęknęła żałośnie dziewczynka, zupełnie innym tonem niż przed chwilą.

— Umieeeeeeraaaaam! — przytaknęła druga. — Nienawidzę polskiego!

Pani Kasia zamrugała, wzruszyła ramionami i poszła nauczać.

(Polskiego.)

Po skończeniu lekcji Jaś, Jarek i Piotrek ruszyli z galopem do domu. Piotrek zerwał Jasiowi czapkę z głowy i rzucił mu swoją.

— Teraz ja mam twoją czapkę i… oh…

Jaś ruszył na kolegę z impetem wykrzykując:

— Oddawaj moją czapkę ty baranie!

Piotrek nie uciekał. Wytrzeszczył oczy i powiedział:

— No dobra. Nie wiedziałem, że tak to odbierasz. Już ci ją oddaję.

Jaś stanął jak wryty. Nie będzie łomotu? No dobra. Odebrał czapkę i przygładził włosy, aby ją ubrać.

— Ty kretynie! Dlaczego mu odebrałeś tę syfiastą czapkę! Zabierz mu ją! Zabierz mu ją! Zabierz… Mam ochotę na dobrą zabawę, że pobiegamy, że porzucamy sobie czapką i liczę na to, że Jankowi również sprawi to wiele przyjemności.

To mówił Jarek. Nie, to niemożliwe. Jarek ograniczał się zwykle do „zamknij się”, „ogarnij się” plus kilka epitetów. a teraz woła o wesołej zabawie?

Coś jest grubo nie tak.

Przede wszystkim dlaczego lekko kręci się w głowie i chce się mrugać oczami, kiedy się ją zakłada? Syntetyk jakiś, alergen? Dobra, do licha z czapką, trzeba dogonić chłopaków, bo są już prawie pod domem.

— I co, dobra czapka? — spytała mama, kiedy stanęli zdyszani w drzwiach.

— Tak! Ale mama! Ta czapka jest jakaś dziwna!

— Tak? Dlaczego?

— Nie wiem! Jeść!

— Rozbierz się najpierw, powieś wszystko ładnie.

— Jeeeeść! Co jest na obiad?

— Siadajcie.

— Nie pchaj się!

— Przepraszam, już ci robię miejsce.

Brzęk rozbitego talerza, obiad na podłodze. Matka w szoku. Po „nie pchaj się!” zawsze jest „sam się nie pchaj”, ewentualnie „spadaj, baranie”, ewentualnie… no, wiecie sami. Słowo „przepraszam” w ustach syna to prawdopodobnie wynik jakiegoś urazu, uderzenia w głowę, może wypadku samochodowego? Jednak nie powinni sami wracać do domu!

— Aaaa! Co robisz mama!

— Ja też przestraszyłem się tego hałasu!

Jedno dziecko normalne, ale drugie — ewidentnie podmienione.

— Weź już ściągnij tę czapkę — rzecze mama po opanowaniu spustoszenia na podłodze.

Brak reakcji, więc sama ściąga synowi czapkę. Ciekawe, czy to jest na pewno czapka dziecięca? Wygląda tak… dość uniwersalnie.

— No nie pchaj się!

— Sam się nie pchaj!

— No ogarnij się, nie machaj tą nogą!

Mama, sama się temu dziwiąc, założyła czapkę na głowę.

— Przepraszam, ale kiedy machasz nogą, to mnie trochę irytuje, wiesz? — Jaś.

— Rozumiem, jednak bardzo trudno mi się powstrzymać. To mnie uspokaja — Jarek.

Ściągnęła czapkę.

— Ty baranie! — Jaś.

— Mama! Weź mu coś powiedz! — Jarek.

Założyła czapkę.

— Trudno mi wytrzymać w takich warunkach. Jest taki hałas, że nie umiem się sam uspokoić — Jaś.

— Ja również. Czuję się bezradny, ale mimo to próbuję jeść — Jarek.

Ściągnęła czapkę i nałożyła ją Jarkowi. Na chwilę go zamurowało.

— Naprawdę? No dobra…

— Co „no dobra?” Po prostu weź przestań!

Czapka idzie na głowę Jasia. Milknie, zmarszczka na czole, przestaje kopać brata pod stołem.

— Mama, co ty robisz?

Mama, przeżywszy właśnie moment olśnienia, wyartykułowała coś nieokreślonego, a potem wydusiła z siebie:

— Ta czapka… ona tłumaczy!

— Co tłumaczy, mama? Mama! Co ona tłumaczy?

— No sam zobacz — czapka na głowie Jasia. — Jarek, co sądzisz o rysunku Jasia, tym o wiośnie?

— Żal, po prostu żal!

— Co on powiedział?

— Powiedział… Ty to naprawdę powiedziałeś?

— No co on powiedział?

— Coś że na pewno się starałem, ale że chyba mogę jeszcze popracować…

— Ja tego nie powiedziałem!

4 kwietnia 2017 r.

Powrót